„Cash. Autobiografia” – recenzja

Recenzja książki „Cash. Autobiografia”.
Człowiek o dobrym sercu i fenomenalnym głosie – Man in Black, Johnny Cash.

Johnny Cash miał coś takiego w sobie, że nawet gdybym nie lubiła czy nie znała jego twórczości, i tak sięgnęłabym po jego autobiografię. To „coś” to chyba prawda, autentyczność, bezpretensjonalność.

Czytałam już biografię Johnny’ego autorstwa Michaela Streissgutha, oglądałam też film biograficzny „Spacer po linie”. Sięgając po książkę „Cash. Autobiografia” wydawało mi się, że nic mnie w niej nie zaskoczy, przecież poznałam już koleje losu tego muzyka. Jakże się myliłam. Jakże wciągająca to lektura! Okazało się, że Johnny nie tylko pisał piękne piosenki, ale potrafił także pisać o sobie, a przede wszystkim o innych.

Nie jest to autobiografia w rozumieniu opisywania swojego życia rok po roku, relacjonowania wydarzeń na zasadzie przyczyna-skutek. Są to raczej wspomnienia z wybranych chwil Johnny’ego Casha, choć też nie do końca. Dziennik? Niekoniecznie. Luźne przemyślenia znanej osoby? Jakkolwiek by nazwać tę publikację, zawsze będzie czymś ponad klasyczną biografię i myślę, że Johnny właśnie to miał w zamierzeniu. Chciał pozwolić się poznać, może sprostować pewne fakty, opowiedzieć o swoich najbliższych, dać świadectwo wiary.

Wiara, miłość, wdzięczność, muzyka. To fundamenty, którymi kierował się w swoim życiu Johnny Cash. Ostatecznie to one wyzwoliły piosenkarza z nałogu narkotykowego. Kilka razy się wzruszyłam czytając tę książkę. To balsam dla duszy. Kiedy człowiek jest wdzięczny za to, co dostał od losu, częściej dziękuje zamiast prosić, oczekiwać i pytać „dlaczego?”. Taką też lekcję zafundował mi Johnny Cash, chrześcijanin na piątkę z plusem (chociaż sam oceniał się dużo surowiej), muzyk na szóstkę w koronie, człowiek żyjący w drodze.

„Legendy i kłamstwa, głupcy i pijacy, starzy przyjaciele i anioły. Wszyscy oni mają swoje miejsce w tej książce” – pisze Johnny Cash. Nie określiłabym precyzyjniej tej publikacji. Cash nawet pisząc własną autobiografię, nie skupia się na sobie. Opowiada o całej rodzinie Carterów, o przyjaciołach (np. Royu Orbisonie). Posługuje się prostym językiem, ma cięty dowcip, ale jednocześnie nie powie o nikim złego słowa. Dużym plusem są elementy dziennika. Johnny Cash rozpoczyna niektóre rozdziały opowiadając, gdzie się właśnie znajduje („Jestem w miłym hotelu w San Francisco, są lata dziewięćdziesiąte, patrzę na wybrzeże Pacyfiku”), co robił w ostatnich dniach („kręciłem reklamę dla Nissana”), mówi o pogodzie („Nastał nowy dzień w Tennessee, i to całkiem ładny”) lub po prostu dzieli się planami na bieżący dzień („wsiadam do land rovera, żeby zrobić sobie przejażdżkę”). Zwykłość niezwykłego człowieka. Z okładki patrzy srogi facet z rewolwerem w ręku, ale jego słowa przekonują, że za tym spojrzeniem kryje się człowiek o dobrym sercu i fenomenalnym głosie – Man in Black, Johnny Cash.

Hanna Kwaśna
(hanna.kwasna@kobieta20.pl)

Johnny Cash (współpraca: Patrick Carr), „Cash. Autobiografia”, Wołowiec, Wydawnictwo Czarne, 2014



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat