Czytając kilkanaście pierwszych stron, można się nieco pogubić. I to zarówno w ilości odrębnych wątków, jak i całej gamie charakterologicznie mocno złożonych i intrygujących postaci. Część z nich zmienia swoje oblicze, a nawet tożsamość z każdym rozdziałem. Okazują się kimś zupełnie innym, niż się początkowo wydawało. Jednak kłębek z pozoru niepowiązanych ze sobą zdarzeń splata się w końcu w misternie utkaną sieć. Powstaje intrygująca fabuła z najprawdziwszym skarbem w tle. Wszystko zaczyna się w majowe popołudnie…
Akcja kryminału umiejscowiona jest głównie na terenie Wolnego Miasta Gdańsk. Letni skwar potęguje atmosferę zbliżającego się konfliktu zbrojnego. Stosunki między żyjącymi tam Polakami i Niemcami są natomiast chłodne, niejako wyzute z emocji. Tym, co zdaje się wisieć nad ich głowami, to – podobnie, jak i sama pora roku – dusząca nieufność. Jest jednak coś, co rozpala wyobraźnię przedstawicieli obu nacji. Mowa o tajemniczym depozycie. Uwikłanych w jego odnalezienie jest wiele osób – od pracowników Komisariatu Generalnego Rządu RP, przez tajemniczych pośredników różnych narodowości, urodziwą maszynistkę po tajne służby. Wszyscy chcą wejść w jego posiadanie – legalnie, bądź przy użyciu brutalnej siły.
Książka przesiąknięta jest gęstym, przedwojennym klimatem. Niezwykła wręcz szczegółowość autora w opisywaniu uliczek, kamienic czy obyczajów, panujących na ulicach autonomicznego miasta-państwa, urzeka z niesamowitą siłą. Podczas lektury na pierwszy plan wysuwają się także: rozwarstwienia społeczne, gwar, przywary i postać niezwykle charyzmatycznego majora Szalewskiego. Tak „koronkowymi” opisami, autor zaznacza swoje prywatne zainteresowanie historią XX wieku. Tym samym nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to właśnie ów klimat jest najmocniejszą stroną książki. Przyćmiewa to fakt, że mimo, iż do arcydzieła i powalających wrażeń utworowi Schmandta daleko, nie można odmówić mu jednego: jest solidnym reprezentantem swojego gatunku.
Osobiście jednak, liczyłem na zdecydowanie mniejszą przewidywalność zdarzeń. Zwłaszcza przy tak dużym zagęszczeniu wątków. Mimo to, kryminał oceniam jako godny polecenia. Lektura wymaga skupienia, analizy, a jej wielowątkowość wymusza wręcz wnikliwe podążanie za czcionką. Od pierwszej do ostatniej strony.
Andrzej Morawek
Piotr Schmandt, „Gdański depozyt”, Oficynka 2011
Komentarze