„Charlotte” – taki tytuł nosi debiutancka powieść Wiolety Strzelczyk. Jeśli i wy, tak jak ja przed lekturą, macie nadzieję, że kryje się za nim niezwykła historia obdarzonej nietuzinkową osobowością głównej bohaterki, możecie się szybko rozczarować. Nie twierdzę, iż losy młodej Charlotte przedstawione w książce są nieciekawe. Wprost przeciwnie, autorka zapoznaje nas z młodą, obdarzoną nieprzeciętną urodą, bogatą dwudziestopięciolatką, mieszkanką Londynu. Charlotte ma własną firmę deweloperską, która w przeciągu dwóch lat od jej założenia stała się jedną z wiodących na rynku. Młoda pani prezes szybko awansowała społecznie, zyskała publiczne uznanie. Jak sama wspomina, ciężką pracą osiągnęła sukces zawodowy, który przełożył się także na powodzenie w życiu prywatnym. Charlotte ma u swego boku Ryana – przystojnego chłopaka z pasją do sztuk walki, próbującego swych sił w modelingu. Ich życie układa się jak w bajce. Spokój i szczęście burzy jednak zdrada Ryana, która nie tylko całkowicie załamuje bohaterkę, ale również staje się towarzyskim skandalem i pożywką dla głodnych sensacji paparazzi. Poukładany i stabilny świat Charlotte zaczyna się walić. Dziewczyna popada w alkoholizm, a jedyną ulgę w cierpieniu przynosi jej samookaleczanie. Czytelnicy stają się świadkami jej moralnego upadku, z którego kobieta o dziwo dość szybko się podnosi i „wraca do życia”. Pomaga jej w tym Nick – przystojny, zarazem szczery (niekiedy nawet bezczelnie szczery) dostawca jedzenia z pobliskiej restauracji. Od tego momentu Charlotte zmienia swoje postrzeganie świata i przewartościowuje wartości. Zwraca się również w stronę do tej pory nieobecnego w jej życiu Boga. Dalsze jej losy pokazują, że myślenie jedynie o sobie i o własnym szczęściu nie może przynieść satysfakcji, a codzienna egzystencja nie musi być jałowa, pozbawiona refleksji.
Autorka zadbała o to, by zawrzeć w książce cenne życiowe mądrości (bohaterka sama niekiedy je wypowiada). Zapragnęła skłonić czytelnika do przemyśleń na temat sensu ludzkiej egzystencji w ogóle, jak i jakości życia każdego z nas. Niemniej sposób, w jaki to czyni, nie jest do końca przekonujący; niektóre z wypowiadanych przez bohaterów kwestii oraz sceny sugerują nadmierną skłonność autorki do autokomentarza i trzymania się z góry ściśle określonego, przewidywalnego planu. W książce pojawiają się także ciekawe wątki, których – niestety – dalej Strzelczyk nie podejmuje. Kwestie wiary i religijności również potraktowane zostały w sposób dość powierzchowny. Kreacja bohaterów stworzonych przez autorkę nie zachwyca; postaci w swych zachowaniach nie pozostają konsekwentni. Można odnieść wrażenie, że mimo ciekawego pomysłu na książkę, niektóre elementy kreacji świata powieściowego wymykają się autorce spod kontroli. Nie byłoby nic złego w tym, gdyby Strzelczyk pozwoliła bohaterom na bardziej różnorodne zachowania i poświęciła więcej uwagi kwestiom potraktowanym „po macoszemu”, pojawiającym się gdzieś na marginesie, które stałyby się walorem w interesującej, wielowątkowej fabule. Choć warsztat literacki autorki tym razem nie spełnia oczekiwań wybrednych czytelników, pozostaje mieć nadzieję, że kolejne powieści zaskoczą ciekawą historią, w której pisarka w pełni wykorzysta niewątpliwie tkwiący w niej potencjał literacki.
Patrycja Zielińska
(patrycja.zielinska@dlalejdis.pl)
Wioleta Strzelczyk, Charlotte, Gdynia, Novae Res, 2015
Komentarze