„Chłopiec zwany Gwiazdką” – recenzja

Recenzja książki „Chłopiec zwany Gwiazdką”.
„- Życie jest ciężkie. - Ale może być też magiczne”

Generalnie nie jestem typem wiernego czytelnika. Od serii wolę jednotomówki i raczej rzadko zdarza się, aby przeczytała więcej niż jedną książkę tego samego autora, a już szczególnie nie w krótkich odstępach czasu. Kiedy w lecie skusiłam się, aby po raz pierwszy od dawna sięgnąć po pozycję z gatunku fantasy, czyli „Bibliotekę o pólnocy”, nie spodziewałam się, że parę miesięcy później znów zetknę się z twórczością Matta Haiga - dla odmiany w wersji dla młodego odbiorcy. Czy i tym razem autorowi udało się mnie kupić? W dużej mierze tak.

„Chłopiec zwany Gwiazdką” to opowieść o tym, jaka postać znana pod imionami takimi jak Święty Mikołaj i Dziadek Mróz była za młodu, a dokładnie w wieku jedenastu lat. Wtedy też  wychowujący go samotnie ojciec Joel wyruszył na wyprawę, pozostawiając Mikołaja pod opieką swej siostry Karlotty, która niestety nie traktowała chłopca zbyt dobrze, a właściwie tak źle, na ile to tylko jest możliwe w powieści przeznaczonej dla dzieci. Pewnego dnia Mikołaj stwierdził, że dłużej tego nie zniesie i wyruszył na północ, aby odszukać rodzica za wszelką cenę.

Jego podróż i przygody krok po kroku wyjaśniają skąd wzięły się najsłynniejsze składowe utrwalonego w popkulturze wizerunku Świętego Mikołaja. Są to:  specyficzny czerwono-biały strój, broda, sanie, towarzystwo reniferów, mieszkanie wśród elfów, pomysł, aby rozdawać prezenty, świąteczne skarpety, lista grzecznych i niegrzecznych dzieci oraz wchodzenie przez komin.

Język określiłabym jako specyficzny. Jest tu sporo sarkazmu i czarnego humoru, czego najlepszym przykładem jest los pewnej figurki wykonanej z pewnego warzywa (czyżby Haig puszczał oko do fanów „Czarnej Żmii”?) i mordercze zapędy pewnej wróżki. Z jednej strony można się dzięki temu świetnie bawić i nabrać przekonania, że rzecz rzeczywiście dzieje w Finlandii. Równocześnie można jednak nabrać wątpliwości, czy wedle zasobów internetowych dziecko w wieku 6-13 lat, bo takie widełki udało mi się znaleźć, będzie wiedziało, że ma do czynienia z żartem albo celną aluzją o charakterze społeczno-politycznym.

Niemniej, okazji do śmiechu jest sporo i to podlane makabrą fantasy naprawdę Mattowi Haigowi wyszło. Odniosłam jednak wrażenie, że w pewnym momencie trochę siada tempo akcji i dalsze przygody Mikołaja są jakby dorabiane na siłę. Nie jestem i nigdy nie będę też fanką kloacznych dowcipów, które pojawiają się kilkukrotnie, czytaj: o kilka razy za dużo. Mój największy zarzut dotyczy czegoś innego – mianowicie wcale nie zawoalowanej ciotkofobii. Twierdzenie, że większość z nas nie należy do najprzyjemniejszych istot to zwykłe kalumnie!

Podsumowując, „Chłopiec zwany Gwiazdką” to mroczno-magiczna historia, która może dostarczyć dorosłym nawet więcej rozrywki niż (przysłuchującym się) dzieciom. Wisienką na torcie, czy, może bardziej w klimacie, lukrem na pierniku są ironiczne ilustracje wykonane przez Chrisa Moulda.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

Matt Haig, „Chłopiec zwany Gwiazdką”, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań, 2021r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat