„Christmas Crime, czyli zagadkowe święta w Londynie” – recenzja

Recenzja książki „Christmas Crime, czyli zagadkowe święta w Londynie”.
Miał być świąteczny kryminał, a wyszło, jak wyszło.

Są książki, które rozczarowują dlatego, że miały ogromny potencjał i nie potrafiły go wykorzystać. Powieść „Christmas Crime, czyli zagadkowe święta w Londynie” Magdaleny Wirskiej niestety należy właśnie do tej kategorii. Pomysł – kryminalna intryga osadzona w bożonarodzeniowej scenerii Londynu – brzmi jak gotowy przepis na coś lekkiego, ale klimatycznego, łączącego zagadkę z nastrojem świąt, może z odrobiną ironii czy pastiszu. W praktyce jednak dostajemy powieść, która ani nie broni się jako kryminał, ani jako obyczajowa opowieść „na święta”, a już na pewno nie jako literacko dopracowana historia.

Największym problemem tej książki jest styl. Jest on nierówny, często toporny, momentami wręcz szkolny. Zdania bywają rozwlekłe; dialogi brzmią sztucznie, jakby były zapisane po to, by przekazać czytelnikowi informacje, a nie oddać sposób, w jaki ludzie naprawdę rozmawiają. W wielu miejscach ma się wrażenie, że autorka nie ufa ani sobie, ani odbiorcy – wszystko jest nadmiernie dopowiedziane, tłumaczone wprost, bez cienia subtelności. Zamiast pokazywać emocje czy relacje między bohaterami, tekst je referuje, jakby czytelnik czytał streszczenie powieści, a nie samą powieść.

Świąteczny Londyn, który mógłby być jednym z największych atutów tej historii, pozostaje zaledwie dekoracją z pocztówki. Owszem, są wzmianki o lampkach, sklepach, zimowej aurze, ale to wszystko jest tak powierzchowne i schematyczne, że równie dobrze akcja mogłaby się rozgrywać w dowolnym innym mieście. Brakuje konkretu, detalu, zapachu, dźwięku – tego wszystkiego, co sprawia, że miejsce zaczyna żyć na kartach książki. Londyn Wirskiej jest bardziej hasłem niż przestrzenią: pojawia się, bo dobrze brzmi, ale niewiele wnosi do opowieści.

Fabuła, która powinna być kręgosłupem powieści kryminalnej, również rozczarowuje. Intryga jest przewidywalna, prowadzona w sposób chaotyczny, a jej kolejne elementy często sprawiają wrażenie doklejonych na siłę. Zamiast narastającego napięcia mamy serię zdarzeń, które następują po sobie raczej z obowiązku niż z wewnętrznej logiki historii. W wielu momentach trudno oprzeć się wrażeniu, że autorka sama nie do końca panuje nad tym, dokąd zmierza opowieść – jakby pisała „od punktu do punktu”, bez prawdziwej wizji całości.

Szczególnie rażą niewiarygodne sceny i rozwiązania fabularne. Bohaterowie podejmują decyzje, które nie wynikają z ich charakterów ani z sytuacji, lecz z potrzeby popchnięcia akcji do przodu. Przypadki mnożą się w tempie, które mogłoby zawstydzić nawet najbardziej rozrywkowe seriale. Zbiegi okoliczności nie są tu wyjątkiem, lecz zasadą działania świata przedstawionego. To wszystko sprawia, że trudno traktować tę historię poważnie – a w kryminale, nawet lekkim i „świątecznym”, jednak jakaś doza wiarygodności jest potrzebna. Dlaczego zbrodnie były tak podobne, skoro popełniły je różne osoby? Jak ośmiolatka, która jest na tyle inteligentna, aby podpowiedzieć istotne dla śledztwa szczegóły, daje się zarazem uprowadzić Świętemu Mikołajowi jako prezent dla rodziców? Skąd ojcu przyszło do głowy, aby sprawdzić jakieś pomieszczenie, choć nie było o nim w ogóle mowy? I jak matka może brać ze sobą dziecko w miejsce, gdzie może odbyć się strzelanina, chociaż jedno już wcześniej straciła?

Najbardziej jednak cierpią na tym bohaterowie. Główny bohater, Aleks, oraz jego brat Robert to postacie, które aż proszą się o ciekawsze poprowadzenie, a tymczasem pozostają boleśnie miałkie. Aleks jest skonstruowany według bardzo podstawowego schematu: trochę zagubiony, trochę ironiczny, trochę „zwyczajny facet w niezwykłej sytuacji”. Problem w tym, że za tymi etykietkami nie kryje się prawdziwa osobowość. Nie poznajemy go jako człowieka z krwi i kości, tylko jako zestaw cech, które są wygodne dla fabuły. Jego reakcje są często mechaniczne, przewidywalne, pozbawione wewnętrznego konfliktu.

Robert wypada jeszcze gorzej, bo autorka uparcie i kilkukrotnie podkreśla jego niepełnosprawność intelektualną, tymczasem z kart powieści wyłania się najnormalniejszy w świecie mężczyzna, tyle że nieco gburowaty i nietaktowny. W jego charakterze i sposobie mówienia nie znalazłam nawet śladu upośledzenia.

Warto też wspomnieć o konstrukcji samej zagadki kryminalnej. Dobra intryga powinna dawać czytelnikowi poczucie, że może sam spróbować „rozwiązać” sprawę, że wskazówki są rozsiane po drodze w uczciwy sposób. Tutaj albo są one zbyt oczywiste, albo – przeciwnie – kluczowe informacje pojawiają się nagle, bez wcześniejszego przygotowania. To odbiera satysfakcję z finału, który zamiast być efektownym domknięciem, sprawia wrażenie kolejnego, dość przypadkowego zwrotu akcji.

Podsumowując, uważam, że „Christmas Crime, czyli zagadkowe święta w Londynie” to książka, która nie spełnia obietnic ani jako kryminał, ani jako świąteczna rozrywka. Słaby styl, niewiarygodne sceny, chaotyczna fabuła i miałcy bohaterowie – zwłaszcza Aleks i Robert – sprawiają, że trudno się w tę historię zaangażować emocjonalnie. To jedna z tych lektur, które czyta się raczej z obowiązku niż z przyjemności, a po zamknięciu okładki zostaje przede wszystkim poczucie zmarnowanego potencjału. Jeśli ktoś szuka naprawdę dobrej, inteligentnej „zbrodni w świątecznym opakowaniu”, powinien poszukać gdzie indziej. Ta książka, niestety, jest dowodem na to, że sam pomysł to zdecydowanie za mało.

Anna Stasiuk

Magdalena Wirska, „Christmas Crime, czyli zagadkowe święta w Londynie”, Novae Res, Gdynia, 2025.




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat