„Cień utraconego świata” - recenzja

Recenzja książki „Cień utraconego świata”.
Rzadko ostatnio zdarza się, by debiut literacki powalił na kolana czytelników i krytyków. Nie inaczej jest z „Cieniem utraconego świata”, wywołującym dosyć sprzeczne opinie.

Australijski pisarz stworzył zgrabną, choć nieco przytłaczającą objętością, opowieść, w której czerpie z klasycznych wzorców literatury fantastycznej. Świat przedstawiony kształtuje się następująco: to rzeczywistość w której istnieje magia, jednak ludzie nią władający traktowani są jako potencjalnie niebezpieczni i nieprzewidywalni, dlatego też spętani zostają surowymi nakazami. Trójkę pierwszoplanowych bohaterów poznajemy w jednej ze szkół, gdzie Obdarzeni uczą się panować nad swoimi mocami, a także przechodzą swojego rodzaju test:  jeżeli nie udowodnią, że panują nad magią, zostaje ona im brutalnie odebrana, a sami Obdarzeni zostają Cieniami, ludźmi powszechnie pogardzanymi i żyjącymi na obrzeżach społeczeństwa.

Główny bohater, Davian, znajduje się w dużym niebezpieczeństwie. Okazuje się, że nie tylko ma problemy z władaniem mocą, ale także skrywa tajemnicę, która może kosztować go życie. „Na szczęście” z Północy nadchodzi prawdziwe zagrożenie: bariera, chroniąca przed inwazją właśnie z Północy, zaczyna się kruszyć. Oczywiście, jedyna osobą, która może ocalić świat może okazać się właśnie Davian. I tak oto chłopak wyrusza w niebezpieczną podróż.

Debiutant całkiem nieźle radzi sobie z materią słowa, choć trzeba przyznać, że początkowo akcja rozwija się nieco ospale. Warto jednak zdzierżyć te kilkadziesiąt stron, by móc pogrążyć się w opowieści o spiskach, zdradach, mrocznych tajemnicach. Historia nam opowiadana nie jest przełomowa dla gatunku, ale sprawnie łączy w sobie nowe i stare elementy, sprawiając dużo czytelniczej frajdy. Całkiem zgrabnie zostajemy wprowadzeni do świata przedstawionego, ucząc się jego skomplikowanych zasad i niejednokrotnie dając się oszukać na równi z bohaterami.

Autor ma tendencję do wywracania akcji do góry nogami w całkiem nieoczekiwanych momentach, na szczęście nie nadużywa tego zabiegu zbyt często, pozwalając czytelnikowi dać się zaskoczyć. Bohaterowie mogliby być także nieco bardziej dopracowani, a ich emocje przedstawione w bardziej plastyczny sposób. Te drobne usterki nie wpływają jednak zbytnio na odbiór całości, która jest rzetelnie odrobioną pracą domową na temat klasycznej fantastyki.

Wykreowany świat jest logicznie skonstruowany, wypełniony ciekawymi postaciami, a także zawiera ciekawy system magiczny, którego zasady poznajemy wraz z rozwojem akcji. „Cień utraconego świata” nie jest być może dziełem epokowym, ale wyróżnia się dosyć pozytywnie, sprawiając, że z przyjemnością sięgnę po kolejny tom. Zwłaszcza, że zakończenie daje duże pole do działania wyobraźni.

Małgorzata Tomaszek
(malgorzata.tomaszek@dlalejdis.pl)

James Islington, „Cień utraconego świata”, Fabryka Słów, Warszawa 2021



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat