Czytając Sagę Endera, kochałam Andrew Wiggina. Cieszyłam się, gdy odnosił sukcesy, smuciłam, gdy coś mu nie wychodziło i bałam się o niego, gdy inne dzieci próbowały utrudnić mu życie, zarówno na Ziemi, jak i w kosmosie. Od tego czasu minęło jednak kilka lat, pamięć o książkach i ich bohaterze lekko mi się zatarła, a ja sięgnęłam po Sagę Cienia, dzięki której poznałam wydarzenia rozgrywające się w tym samym czasie, ale na innej planecie – tu, na Ziemi. Sagę, której bohaterem jest nie Ender, ale jego cień – Groszek.
Juliana, Groszka, pokochałam równie mocno, co Andrew. Współodczuwałam jego lęk, rozżalenie i osamotnienie. Przez wszystkie części sagi: „Cień Endera”, „Cień Hegemona”, „Teatr Cieni” i ostatnią, „Cień Olbrzyma”, pomagałam mu nieść jego brzemię. Brzemię małego chłopca, a potem nastolatka, który w głębi siebie pragnął miłości, ale czuł, że każdy, kto mu ją podaruje, umrze. Bo on sam nie zasługuje na to, by żyć, by być szczęśliwym. Bo nie jest człowiekiem, nigdy się nie urodził, nigdy tak naprawdę nie miał rodziców.
Biografia Groszka nie jest oczywiście głównym wątkiem sagi, o czym wie każdy miłośnik Orsona Scotta Carda. Te cudowne książki sci-fi to o wiele więcej, to obraz walk międzygatunkowych i wewnątrzgatunkowych. To nieustający konflikt wartości i charakterów ludzkich. To żądza władzy, chęć bycia najlepszym, ciągłe udowadnianie czegoś światu. Mimo tego historia musi mieć swoje punkty zaczepienia. Owymi punktami w kolejnych częściach „Cienia” są dzieci ze Szkoły Bojowej, których przyjaźń została poddana próbie codzienności. Komu zostaną wierne? Sobie nawzajem? Słusznej sprawie? A może państwom, z których pochodzą i do których tak desperacko pragną należeć, choć w rzeczywistości nie należą i nie pasują nigdzie?
I jest też Groszek, postać najważniejsza, tytułowy Cień. Stoi za każdym z najważniejszych wydarzeń, wciąż niezauważony, bo niechętny do objęcia władzy. Marzy o zwycięstwie, o przetrwaniu, o życiu, ale nie o byciu na pierwszym miejscu. Chce wygrywać, ale nie musi być najlepszy. Okazuje się być najbardziej ludzki, choć jako jedyny nie jest człowiekiem. I umiera. Z każdą książką coraz bliżej mu do śmierci, od której uratować mogłoby go tylko lekarstwo. Nieistniejące i być może nigdy nie mające powstać.
Nie zdradzę, co znajduje się na ostatnich stronach „Cienia Olbrzyma”. Napiszę tylko, że jestem nieco rozczarowana, że w jednym rozdziale Card rozprawił się z kilkudziesięcioma latami życia bohaterów, jakby nie chciało mu się pisać kolejnych części. Skądinąd wiadomo, że części owe powstały: „Shadows in Flight” w 2012 roku oraz właśnie przygotowywana „Shadows Alive”. Tytuły mówią wiele, mówią wręcz wszystko. Już nie cień, a cienie. Już nie na Ziemi, ale w kosmosie, bo lecą. A potem udaje im się przeżyć. Tylko czy aby wszystkim? Mam nadzieję, że autor rozwiąże to dobrze i korzystnie dla rodziny Delphiki, bo nie uśmiecha mi się po raz kolejny płakać jak bóbr. Ponadto – choć to marzenie głupie i niemożliwe do zrealizowania – chciałabym, żeby seria nie skończyła się nigdy.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Orson Scott Card, Cień Olbrzyma, Prószyński i S-ka, Warszawa 2015
Komentarze