„Co zasiejesz, to zbierzesz” – recenzja

Recenzja książki „Co zasiejesz, to zbierzesz”.
Zemsta, strzały i martwe koty.

Generalnie niechętnie sięgam po wielotomówki. Wolę być pewna, że za te 300-400 stron będę wiedzieć, jak to wszystko się zakończy i pożegnam się zarówno z żadnym krwi zabójcą, jak i depczącą/cym mu po nogach protagonist(k)ą. Z braku laku zrobiłam jednak wyjątek dla Hansa Rosenfeldta, scenarzysty serialu „Bron/Broen”, w Polsce znanego jako „Most nad Sundem”. Czy było warto?

„Co zasiejesz, to zbierzesz” (w oryginale „Som man sår”) to siódma z kolei część cyklu o Sebastianie Bergmanie, policyjnym psychologu i ekspercie od seryjnych morderstw, który w świecie literatury pojawił się w 2010 roku. Wedle okładkowego opisu Bergman dotarł do etapu stabilizacji i zamiast tropić złoczyńców woli spędzać czas z wnuczką lub jako dorywczy terapeuta dla szarych ludzi z szarymi problemami. Tymczasem Karlshamn dalekie jest od sielanki, miastem wstrząsa seria pozornie niezwiązanych ze sobą morderstw popełnionych przy użyciu broni palnej. Sprawą zajmuje się Vanja Lithner, zupełnie nieświadoma tego, że Billy, jej podwładny, a prywatnie bliski przyjaciel, sam zmaga się z morderczymi skłonnościami.

Tym, co, jak wspomniałam wyżej, zniechęca mnie do pozycji będącej częścią większej całości jest ryzyko tego, że autor będzie namolnie starał się zrobić skrót niemalże wszystkiego, co mnie „ominęło” albo z góry zakładał, że grupą docelową są przede wszystkim stali czytelnicy, którym wystarczy zdawkowa sugestia. Mimo iż „Co zasiejesz, to zbierzesz” ma aż dwóch twórców, a więc z założenia w doświadczonym tandemie powinno być łatwiej znaleźć złoty środek, w książce znajdujemy dziwaczną mieszankę tych dwóch podejść.

W rezultacie chwilami czułam się zdezorientowana (np. próbując uporządkować powiązania między głównymi bohaterami, Vanja jest córką Sebastiana, ale dostajemy informację o tym, że robił test na ojcostwo wnuczki, czyli zaliczył własną córkę, zanim się o tym dowiedział, czy po fakcie?!) albo przeinformowana, kiedy np. streszczano mi, że ten był z tą, ale potem wziął ślub i jakby dalej chciał być z tamtą, ale jednak nie, a teraz ta nie żyje, a ta, z którą chciał być, jest z kimś innym.

Doskonale rozumiem, że w poprzednich sześciu książkach coś musiało się dziać, również na płaszczyźnie prywatnej. Kiedy jednak dostajemy z założenia emocjonalne/dramatyczne informacje podane w telegraficznym skrócie, chociaż wcale nie są nam niezbędne, zamiast poszerzać nasz zasób wiedzy zatruwają aby lekturę tanim melodramatyzmem i efekciarstwem. Sam wątek kryminalny kończy się mniej więcej w połowie powieści (paradoksalnie główny bohater zdaje się być w nim na doczepkę)  i nie wymaga od nas nadwyrężenia naszych zwojów myślowych, wszystko mamy podane na tacy.

Powiedziałabym więc, że  lektura jest typowo letnia, niespecjalnie zajmująca i wymagająca, jeśli nie liczyć rozkładania na czynniki pierwsze tych wszystkich konfiguracji romansowo-erotycznych. Osobiście spodziewałam się czegoś lepszego, bardziej skomplikowanego i wodzącego czytelnika za nos.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

„Co zasiejesz, to zbierzesz”, Michael Hjorth, Hans Rosenfeldt, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa, 2022r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat