„Co za ohyda!” - recenzja

Recenzja książki „Co za ohyda!”.
Nadzieja, że tytuł odnosi się do treści, a nie jest słowami, które wykrzyknę jako podsumowanie tej książki, ohydnie mną zawładnęła. Na jakie obrzydliwości trafiłam?

Kiedyś dziwnie mi się robiło na myśl, że ciekawią mnie rzeczy, krótko mówiąc, dla niektórych ohydne. Lubię poruszać tematy niewygodne, łamać tabu, ale rozmawianie o ohydztwach? Często aż trudno znaleźć do tego towarzysza. A przynajmniej tak mi się wydawało. Na widok tej książki pomyślałam, że może jednak nie tylko ja tak mam, a to, że nikt się nie przyznaje, to kolejne tabu? Zainteresowałam się, jednocześnie bojąc się, że to tylko chwyt marketingowy, naprawdę zaś na łamach jej kart nie znajdę niczego kontrowersyjnego.

Erika Engelhaupt współpracuje jako dziennikarka i redaktorka z wieloma periodykami naukowymi, w tym z „National Geographic”. Uwielbia snuć opowieści o kontrowersyjnych, odpychających i absurdalnych zjawiskach oraz aspektach tego, jak działają nasze ciała i wszechświat. W swojej książce podzieliła się wiedzą o niechlujnościach, morderczych zapędach różnych zwierząt, obrzydliwych procesach związanych z przyrodą oraz z pozornie bezużytecznymi odkryciami.

Niewątpliwie zabrzmi to dziwnie w odniesieniu do „Co za ohydy”, ale jest to książka ładnie wydana. Schudnie, estetycznie. Jedynym moim zarzutem jest ściśnięta i męcząca czcionka, ale nadrabia zgrabny podział na rozdziały i krótkie podrozdziały, które zapewniły naturalne łamanie tekstu. Dodatkowym atutem jest, że każdą część-esej można czytać osobno. Są w pewien sposób spójne, ale radzą sobie także osobno.

Mimo możliwości czytania wybiórczego, z ochotą przeczytałam całość od deski do deski. Okazała się bowiem autentycznie wciągająca. Autorka nie przesadziła ze stwierdzeniem, że pisała z humorem, jednak już np. właśnie samym wspomnieniem o tym (i innymi tego typu wpadkami) trochę mi podpadła. Chwilami eksponowała swoją osobowość aż nieco sztucznie, ale da się to łatwo wybaczyć. Może nawet jest to dość normalne, skoro ogromna część książki pochodzi z jej bloga. Nie jest to jednak „kopiuj, wklej”, a zbiór poszerzony o najświeższe odkrycia naukowe.

„Co za ohyda” opiera się na faktach. Engelhaupt na każdy podjęty temat musiała zrobić wcześniej porządny research. Widać, że dobrze się przygotowuje do tego, czym się zajmuje. Co więcej, pasję i zaangażowanie czuć w każdym rozdziale, a dzięki temu pozycję czyta się jeszcze przyjemniej. Przytoczyła wiele ciekawostek, przykładów szokujących i kontrowersyjnych, jak również rozpatrzyła pod ciekawym kątem dość zwyczajne zjawiska. Nie starała się udawać, że wie wszystko. Kiedy dany temat okazał się otwarty, wręcz namawiała do poszukiwań i badań na własną rękę.

Mimo wielu plusów, książka nie jest wolna od błędów… interpunkcyjnych i redakcyjnych, bardzo drobnych, ale jednak. To jednak da się wybaczyć o tyle łatwiej, że została napisana językiem niemal blogowym, ale wciąż jednak czystym i porządnym. Z wyczuciem dodano przypisy – dokładnie tam, gdzie były potrzebne, nie za długie, a wyjaśniające to, co trzeba.

„Co za ohyda!” to tytuł interesujący, wyróżniający się na rynku i warty przeczytania. Ciekawskim, nie raz aż ciekawskim niezdrowo, z całą pewnością mogę ją polecić. Każdy, kto do życia ma choć minimalny dystans, znajdzie tu coś dla siebie. „Co za ohyda!” może nie odmieni niczyjego życia zupełnie, ale wzbogaci je o naprawdę ciekawe informacje. Czytanie tego sprawiło mi wiele radości, jakkolwiek to brzmi w odniesieniu do nietuzinkowej (pozytywnie!) tematyki.

Kinga Żukowska
(kinga.zukowska@dlalejdis.pl)

Erika Engelhaupt, „Co za ohyda! Po mrocznej stronie nauki”, Burda Media Polska, 2020.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat