„Czarownice z Wolfensteinu. Wstęga i kamień” – recenzja

Recenzja książki „Czarownice z Wolfensteinu. Wstęga i kamień”.
Fantastyka jest formą odskoczni od świata, który jest nudny, skomplikowany i ciężki. Niestety – nie zawsze, bo czasem skaczemy w dokładnie taki sam świat…

Jestem niekwestionowaną fanką literatury fantastycznej, zarówno w wydaniu polskim, jak i zagranicznym. Wszelkie opowieści o elfach, postaciach wywodzących się z legend i podań, czarownicach, wilkołakach, wampirach – pochłaniam jednym tchem. Pod jednym warunkiem: że są tego faktycznie warte. W tym przypadku mam pewne wątpliwości…

Amelia to młoda czarownica, która o swoim darze i zdolnościach dowiedziała się całkiem niedawno. Teraz ucieka – przed tymi, którzy zniszczyli jej rodzinną rezydencję, zabili matkę oraz babcię. Co noc śni podobny sen, w którym widzi znanych jej ludzi, a także prezenty od postaci zupełnie obcych. W poszukiwaniu bezpiecznego miejsca trafia w końcu do chatki, którą niejednokrotnie odwiedzała wraz z matką. Tam, pod opieką starej czarownicy i spotykając coraz to nowe istoty, zaczyna od nowa uczyć się życia. Życia, w którym ktoś, kto ją kocha oddał za nią nie tylko swój żywot, ale również lata, przez które służyć będzie komuś o wiele bardziej potężnemu i mrocznemu…

Z reguły nie uprzedzam się do książek, które już na pierwszej kartce mają coś, co mi się nie podoba. Ostatnio jednak nie mam też szczęścia do literatury fantastycznej, w której jedną z ról grają czarownice. I na książce Julii Bernard się „przejechałam”, bo właściwie nie była w stanie wciągnąć mnie w akcję. Od pierwszych stron Amelia, czyli główna bohaterka, zdawała mi się po prostu wydelikacona, roszczeniowa i nie do końca dojrzała, zwłaszcza patrząc po jej dziecinnym zachowaniu względem wszystkich dookoła.

Plusem zdecydowanie jest to, że książka nie jest tendencyjna i nie popiera schematów walki między różnymi nadprzyrodzonymi istotami, które to możemy spotkać w innych dziełach. Tutaj sprawa ma się inaczej, a emocje są jednym z głównych wyznaczników tego, co dzieje się dookoła. Jednocześnie, mam wrażenie, że ta zwyczajność niezwyczajnych bohaterów została z lekka przesadzona, co szczególnie denerwujące wydawało mi się być widoczne w postaci Iana. Świat fantastyczny, który zatraca swoją nutkę tajemniczości, przestaje być tak fascynujący, przynajmniej dla mnie.

Język nie jest zbyt ciężki dla czytelnika, ale, czy to przez wzgląd na mało wciągającą akcję, czy też niechęć do bohaterki, całość czytało mi się nieco ociężale. Może gdybym zaczęła od tomu pierwszego, miałabym większy ogląd na wydarzenia, bo jednak nie da się tej książki z mojej perspektywy przeczytać, jeśli nie znamy pierwszego tomu. Niestety, „Czarownice z Wolfensteinu” zupełnie mnie nie zachwyciły, a liczyłam na dobrą, ciekawą lekturę. Może po prostu książka nie trafiła w moje gusta, bo jest zbyt młodzieżowa?

Paulina Dudek
(paulina.dudek@dlalejdis.pl)

Julia Bernard, „Czarownice z Wolfensteinu. Wstęga i kamień”, Chorzów, Wyd. Videograf, 2014



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat