Już na samym początku w oczy i uszy czytelnika rzuca się niezwykły styl „Ości”. Rzadko spotyka się osoby prawdziwie elokwentne, więc jeśli już ktoś taki się trafi, a w dodatku potrafi tę umiejętność przełożyć na język papieru, to dla samej przyjemności obcowania z takim sposobem wyrażania, warto sięgnąć po jego książkę. Z jednej strony zupełnie swobodny strumień świadomości, z drugiej – precyzyjny dobór słownictwa tak, by kolejne zdania tworzyły spójną całość - to z pewnością świadczy o wielkiej świadomości słowa, o tym, że każdy wyraz niesie w sobie konkretne znaczenie. Karpowicz bawi się konwencjami, mieszając wielkie kwantyfikatory z wulgaryzmami, czyni z „Ości” przykład powieści dynamicznej, pełnej ukrytych znaczeń, a jednocześnie cudownie przyjemnej.
Maja właśnie straciła pracę, jednak zamiast intensywnie szukać nowej, woli spędzać czas na rozmowach z tchórzofretką, ewentualnie od czasu do czasu idzie do pary znajomych gejów, u których może się spokojnie upić i upalić. Niestety, od jakiegoś czasu między Andrzejem i Krzysiem nie układa się najlepiej, aż w końcu ten drugi znika, co wywołuje panikę wśród przyjaciół. W trudnych chwilach Maja nie może liczyć na swojego męża – Szymona – skoro ten najwidoczniej ma romans, jeśli w jego kurtce znajdują się klucze do nieznanego mieszkania. Nie wie, że Szymona i Ninel nie łączy nic poza kotem.
Poza tym szanowana pani „gadająca głowa” zamieniła właśnie włochatego Burego na zupełnie bezwłosego Norbert, umawiającego się od kilku lat z Kuanem/Maksem/Kim Lee. Uroczy Wietnamczyk, na co dzień chodzący w drogich garniturach i zarządzający siecią sklepów, w weekendy staje się ponętną drag queen, której jednak nigdy nie widziała Maria – jego żona. W końcu mąż nie-Polak i nie-katolik to wystarczający powód do wstydu. Dobrze tylko, że jego Norbert jest w porządku i że lubi Patryka. Z kolei Szymon ma nadzieję, że Juli polubi Bruna i Maję, a Maja – że Szymon i Bruno zostaną zaakceptowani przez Franka. No i w końcu udaje się Mai poznać „panią z telewizji”, czyli mamę kochanka.
W „Ościach” Karpowicz przerysowuje świat relacji międzyludzkich, uwydatniając jednocześnie w zabawny sposób egoizm każdego człowieka. W dzisiejszych czasach, w których każdy ma praw być wielkim „indywidualistą”, trzeba znać albo afrykańskie języki mlaskowe, albo pisać książki o homoseksualnych skłonnościach znanych ludzi, by mieć prawo przyznać sobie tytuł wyjątkowej osoby. Jednocześnie jednak rozpaczliwie wręcz szuka się oparcia w osobach jeszcze bardziej zindywidualizowanych, żeby nie powiedzieć po prostu, że dziwnych. Dobrze jednak, jeśli ta dziwność jest ukryta. Jeśli każdy trochę udaje, trochę ukrywa, tylko wtedy można mówić o szczerości. Karpowicz nie prawi morałów, nie zachęca do tego, żeby marzeń o wielkiej miłości i nie opowiada o wielkim poświęceniu - „Ości” to książka o grzechach, które jednak są niezbędne do tego, by zachować człowieczeństwo. Błędy jako nieodłączne elementy natury człowieka paradoksalnie zbliżają go do innych i sprawiają, że stajemy się bardziej wyrozumiali na potknięcia innych. Dzięki temu jeszcze potrafimy wchodzić w relacje międzyludzkie.
Wbrew pozorom, świat „Ości” nie propaguje zdrad, krzywd, kłamstwa. Karpowicz daje tylko do zrozumienia, że człowiek nie pozna samego siebie, jeśli nie wejdzie w relacje z innymi, którzy czasem krzywdzą i zdradzają. Ale to tylko błędy, które należy wybaczać, by nie stanęły ością w gardle...
Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)
Ignacy Karpowicz, „Ości”, Wydawnictwo Literackie 2013
Komentarze