„Daleko, coraz bliżej” – recenzja

Recenzja książki „Daleko, coraz bliżej”.
Dzieciństwo w cieniu problemów.

Nieutrzymujący bliskich kontaktów bracia Nils, Benjamin i Pierre spotykają się, aby odbyć podróż, którą ostatni raz odbyli kilkadziesiąt lat wcześniej jako dzieci siedzące potulnie na tylnym siedzeniu rodzinnego auta. Tym razem celem nie jest jednak wypoczynek - mężczyźni wybierają się do letniego domu nad jeziorem, aby spełnić ostatnią wolę zmarłej niedawno matki i rozsypać nad nim jej prochy. Przyjazd ożywia w nich niezabliźnione rany, prowadząc do nieuniknionej, burzliwej konfrontacji.

Historia toczy się dwutorowo, przy czym wydarzenia z teraźniejszości opowiadane są w odwróconej kolejności i rozpoczynają się od pojawienia zdezorientowanego policjanta, a następnie krok po kroku, czy raczej godzina po godzina, cofamy się w czasie, aby odszyfrować, co do tego doprowadziło. Zabieg ten z pewnością uatrakcyjnia fabułę, choć może nieco wybijać z rytmu przy czytaniu.

Równocześnie Benjamin pełni rolę narratora przywołującego różnego rodzaju wspomnienia z dzieciństwa naznaczonego kłótniami, alkoholem i rywalizacją o względy rodziców. Stan psychiczny „średniaka” próbującego z jednej strony spajać i łagodzić konflikty, z drugiej strony złaknionego atencji i okazywania uczuć jest całkiem nieźle przedstawiony. Myślę, że nawet osoby, które nie mają takiego statusu w familijnej hierarchii, mogą się z wieloma rzeczami utożsamiać.

Polski tytuł zdaje się odwoływać do wyżej wymienionych przejść między retrospekcjami (”daleko”) i  achronologicznym odkrywaniem prawdy (”coraz bliżej”). Z kolei szwedzki tytuł oryginału „Överlevarna” znaczy dosłownie ocalali - czy jednak możliwe jest odcięcie się od przeszłości i wejście w dorosłość bez ostatecznego uporania się z traumą?

„Daleko, coraz bliżej” jest przesiąknięte atmosferą smutku na tyle, że nawet w lżejszych momentach czytelnik, niczym ofiara przemocy, boi się rozbudzać w sobie nadzieję i tkwi w stanie nerwowego oczekiwania, gotów na kolejne uderzenia. Po pewnym czasie może to rodzić wrażenie stagnacji i monotonii. Język jest pełen opisów, w moim odczuciu czasem aż nazbyt przydługich, ale również nie braknie w nim kreatywnych obrazów oddziałujących na wyobraźnię i emocje, jak ten odmalowany podczas wjeżdżania żwirową drogą i mijania swoich młodszych wersji zaaferowanych swoimi sprawami. W tym momencie nie mogłam nie pomyśleć, jak genialnie wypadłaby ta scena na ekranie.

Moja znajomość skandynawskiej literatury generalnie ogranicza się do kryminałów i choć nie mogę powiedzieć, że „Daleko, coraz bliżej” Alexa Schulmana zachwyciło mnie na tyle, abym na dobre przerzuciła się na obyczajówki, nie uważam lektury za czas stracony. Myślę, że porusza tematykę na tyle uniwersalną, że skłoni do przemyśleń i trafi do szerokiego grona odbiorców.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

Alex Schulman, „Daleko, coraz bliżej”, Wydawnictwo MUZA SA, Warszawa, 2021r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat