Po „Świecie obok świata” uznałam, że warto przyjrzeć się twórczości autorki, która obrała sobie za cel zmianę losów wiecznie uśmiechniętych, odrealnionych bohaterów Disneya. Akurat baśń o Śpiącej Królewnie nigdy mnie nie zaciekawiła, więc dopiero przed tą lekturą ją obejrzałam. Wyjątkowo cukierkowa animacja aż się prosiła o dodanie mrocznych, pikantnych wątków, więc byłam ciekawa, czy w książce tej odnajdę to, czego brakowało mi w bajce.
Książę, w celu uratowania Aurory od klątwy snu, pokonał smoka. Gdy jednak składał na jej wargach pocałunek, mający przypieczętować zwycięstwo dobra nad klątwą, sam zasnął. Księżniczka została pozostawiona sama sobie, zamknięta we własnym umyśle kontrolowanym przez złą Diabolinę. Postanowiła walczyć, by wreszcie się obudzić.
Akcja książki zaczęła się w ciekawym momencie baśni. Niby koniec, niby nowy początek, ale… czyżby jakieś niedokończone sprawy? Początkowo było dość chaotycznie. Wydawało się, że to mocno pokręcona wersja wszystkim znanej bajki Disneya, nie zaś tylko częściowo zmieniona. Pokręcona i aż w tym wszystkim bezsensowna, jednak wraz z kolejnymi stronami wszystko zaczynało się wyjaśniać i układać w całość. Na szczęście na tyle prędko, że zaciekawiona nawet nie zdążyłam pomyśleć o zaniechaniu lektury. Nie była to bowiem tylko kontynuacja od pewnej chwili. Braswell pokusiła się o kosmetyczne zmiany w całej historii – tak, by dopasować je do swoich wymagań. Zrobiła to w taki sposób, że dałam się złapać na złudzenie, którym jakoby żyła główna bohaterka.
Jak szybko się okazało, to nie tylko zmiana pewnych wątków w fabule, ale również dopracowanie protagonistki, Aurory. Jasnowłosa księżniczka z bajki wydaje się okropnie kartonowa, w momencie gdy znudzona główna bohaterka tej książki nie jest jednoznaczna. Pojawia się bunt, autentyzm sytuacji. Jak na dłoni widać, że życie i sny księżniczek (i nie tylko) nie są różowe. Dziewczyna zmienia się wraz z dynamicznym rozwojem wydarzeń.
W fabule, wzbogaconej o zupełnie nowe wątki, nie brak intryg i knowań. Przez to miałam wrażenie, że w książce chodziło głównie o akcję. Trochę brakowało mi głębszej analizy psychologicznej, chociaż chyba nie taki był zamysł. A szkoda, bo to mogłoby być jeszcze ciekawsze.
Chwilami zalatywało typową baśnią, bo a to pojawił się przystojny książę, a to Aurora sprytnie obmyślała swoje kolejne posunięcia, które – lepiej lub gorzej – ale jednak jej wychodziły. To jednak był zabieg bardzo udany, gdyż tyle samo pojawiło się elementów sprowadzających wszystko „na ziemię”. Trudności i rozterki oplatały księżniczkę niczym ostre, odrastające ciernie. Pojawiło się więc też trochę życiowych prawd - niby oczywistych, ale wartych przypominania. Można się tu doszukać niemal odniesień do filozofii platońskiej i ponadczasowych idei, co zostało świetnie wykorzystane w motywie zacierania się granic jawy i snu.
„Dawno, dawno temu… we śnie. Mroczna baśń” to nieźle wykorzystane pole do popisu jako przestrzeń do przekazania, że o swoje trzeba walczyć; że nie można być biernym. Idealny dobór baśni i trafne operowanie językiem sprawiły, że całość jest wymowna i ma sens. To zupełnie nowe wydanie historii Aurory, nieco dojrzalsze, a więc raczej dla czytelników co najmniej kilkunastoletnich. Zarówno młodzież, jak i dorośli, chcący nie tyle przypomnieć sobie bajkę z dzieciństwa, co znaleźć w niej coś świeżego, prawdopodobnie spędzą przy lekturze miłe chwile, bez ambitniejszych przemyśleń jednak.
Kinga Żukowska
(kinga.zukowska@dlalejdis.pl)
Liz Braswell, „Dawno, dawno temu… we śnie. Mroczna baśń”, Egmont, 2019.
Komentarze