Na początku XVIII wieku ludzie nie byli bardzo różni od tych, których spotykamy dziś. Młody hazardzista, który miał być księdzem, pokłócony z ojcem Tom Hawkins cudem zbiera pieniądze na oddanie długu, kiedy zostaje napadnięty przez zbirów i okradziony. Następnego dnia trafia do owianego grozą więzienia dla dłużników, Marshalsea. Tutaj bez środków do życia stara utrzymać się po stronie dla dżentelmenów, unikając oddziału dla pospólstwa, skąd codziennie wynoszone są nowe ciała. Mała społeczność więzienna okazuje się okrutna, ale i pełna tajemnic oraz niespodziewanych sojuszników. Nikt jednak nie jest tym, za kogo chce być uważany, a Tom szybko zostaje postawiony między młotem a kowadłem: uzyskanie wolności możliwe jest tylko po znalezieniu mordercy poprzedniego lokatora Belle Isle, łudząco podobnego do niego kapitana Robertsa. Choć wszystko idzie w dobrym kierunku, to los szybko pokazuje, jak bywa przewrotny – i dlaczego nie warto ufać ludziom, którzy wydają się godni zaufania.
Przyznam, że pierwsze strony „Diabła z więzienia dłużników” nie wciągnęły mnie za bardzo. Z czasem jednak dostrzegłam nie tylko kunszt autorki, Antoni Hodgson, ale również jej ogromną troskę o stworzenie fikcji, która twardo opiera się na faktach. Choć losy więźniów same w sobie są dość straszne, a tego typu więzienie wydaje się w obecnych czasach czymś nienaturalnym, to jednak prawdziwym przerażeniem napawał mnie fakt, że to wszystko w pewnym stopniu wydarzyło się naprawdę. Więzienie Marshalsea istniało i rzeczywiście było piekłem na ziemi. Również wiele z postaci dostało w książce Antoni Hodgson drugie życie, tak zgodne z ich poprzednim wcieleniem, opartym na kartach historii. I choć sam Tom Hawkins jest postacią fikcyjną, to jednak jego doskonała kreacja osadziła go celnie w realiach XVIII-wiecznego Londynu.
Nie da się nie docenić głębi, która uderza z postaci przedstawionych na kartach „Diabła z więzienia dłużników”. Choć wiemy wszystko o tym, co siedzi w głowie głównego bohatera, reszta postaci pozostaje dla nas zagadką. Nietypowy Samuel Fleet i jego dziwny związek z Kitty Sparks, młodą kucharką, daje dużo do myślenia – zwłaszcza, gdy odkrywamy przyczynę i głębię tego układu. Sadystyczny kierownik więzienia pan Acton – skądinąd, postać rzeczywista – napawa nas odrazą; nie z powodu jego nieludzkich upodobań, ale przede wszystkim z uwagi na nieprzewidywalność. Cała książka, łącznie z opisami tortur i kar dla więźniów, nie bazuje na wyobraźni autorki, a na faktach, co sprawia, że książka fascynuje i przeraża zarazem.
Dzięki zgrabnemu ubraniu historii w słowa „Diabeł z więzienia dłużników” czyta się bardzo dobrze i szybko. Co więcej, gdy już wciągniemy się w akcję i zdaje nam się, że wiemy wszystko o tym, co dzieje się wokół głównego bohatera – znów wydarza się coś, co zupełnie nas zaskakuje. Dla mnie osobiście największym zaskoczeniem było rozwiązanie akcji, w trakcie którego Tom dochodził do prawdy o wszystkich wydarzeniach. To doskonałe podsumowanie nie tylko sytuacji różnych warstw społecznych w XVIII wieku, ale również tego, jak ludzkie dążenia i ambicje mogą zmieniać spojrzenie na przyjaźń, miłość i równość ludzi.
Paulina Dudek
(paulina.dudek@dlalejdis.pl)
Antonia Hodgson, „Diabeł z więzienia dłużników”, Warszawa, Wyd. Amber, 2015
Komentarze