Jeżeli powyższy cytat wywołał na Twojej twarzy uśmiech od ucha do ucha, zapewne albo jesteś fanem oryginalnego, jedynego w swoim rodzaju filmu „The Room”, albo miałeś przyjemność obejrzeć biograficzny komediodramat „The Disaster Artist”. Ten drugi powstał na podstawie książki o analogicznym tytule, napisanej we współpracy Grega Sestero, do którego należą wspomnienia, i Toma Bissella, literata. Na język polski przetłumaczona została w 2018 roku z inicjatywy wydawnictwa Zysk i S-ka – rok po premierze filmu wyreżyserowanego przez Jamesa Franco, który przy okazji zagrał główną postać: osobliwego reżysera Tommy’ego Wiseau.
Jak dowiedziałam się z książki, „The Room” cieszy się pozytywną sławą na świecie od wielu już lat. Po tym, jak krytycy i widzowie nie zostawili na nim suchej nitki, jakimś cudem trafił do niszy kinowych freaków, którzy oddali mu serce. Uczęszczali na wszystkie możliwe pokazy i urządzali prywatne seanse, analizując każdą scenę po milion razy. Natomiast ja dowiedziałam się o „The Room” dopiero po obejrzeniu „The Disaster Artist”. Nie pamiętam, czy skusiłam się na sens z uwagi na interesujący opis filmu, czy reżyserię i rolę Franco, którego uwielbiam. Tak czy owak, zakochałam się w tej nieprawdopodobnej historii. Na tapet wzięłam również oryginał. Niestety kiedy obejrzałam „The Room”… cóż, tu wypadałoby się posłużyć popularną sentencją: „tego nie da się odzobaczyć".
Sama się sobie dziwię, dlaczego na pomysł przeczytania książki „Disaster artist. Z planu najlepszego złego filmu świata” wpadłam dopiero w 2021 roku. Od zawsze uważam, że książki są lepsze od filmów, które powstały na ich podstawie. Może po prostu nie wiedziałam, że książka istnieje? Mniejsza o to – najważniejsze, że lektura za mną.
I to jaka! Jeżeli seans przyniósł Ci radość lub inne pozytywne emocje, książka przyniesie tym bardziej. Jak to zwykle bywa, zawiera o wiele więcej treści niż ekranizacja. Dziwactwa Tommy’ego Wiseau są wprost niewyobrażalne. Jego system dobowy, tajemniczość i przeczulenie na punkcie prywatności, ukrywanie przeszłości, podejście do ludzi (zwłaszcza kobiet), niezdrowa fascynacja młodością, słabość do młodego wówczas Grega, rozrzutność połączona ze skąpstwem, ciągła potrzeba udowadniania swojej wartości, rozbrajający brak samoświadomości, ślepe oddanie miłości do świata filmowego… ach, mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Czego bym jednak nie napisała, wszystko sprowadza się do jednego – Wiseau to człowiek tak nieszablonowy, dziwny i niezrozumiały, że wprost trzeba go poznać.
Są książki, które czytam raz i oddaję. Są takie, których nie jestem w stanie doczytać, bo okazują się nudne, źle napisane, pełne błędów. Ale czasem trafiam na takie jak „Disaster artist”, które jeszcze w momencie czytania chcę przeczytać ponownie. Z fascynacją stawiam je na domowym regale i polecam każdemu, kto zapyta, co nowego przeczytałam. A nawet tym, którzy nie pytają. Bez względu więc na to, czy chciałbyś mnie zapytać, czy nie – tę lekturę polecam Ci z czystym sumieniem!
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
G. Sestero, T. Bissell, „Disaster artist. Z planu najlepszego złego filmu świata”, Zysk i S-ka, Poznań, 2018.
Komentarze