Terry’ego Pratchetta nie trzeba właściwie przedstawiać, jego Świat Dysku uznaje się za klasykę gatunku fantasy. „Długa utopia” była dla niego przedostatnią powieścią przed śmiercią w 2015 roku. Przy tworzeniu cyklu „Długa Ziemia” nawiązał współpracę z brytyjskim pisarzem Stephenem Baxterem, który również jest uznanym autorem sf. Wspólnie stworzyli koncepcję równoległych światów, różnych wersji Ziemi, których nie da się właściwie zliczyć. I w tym uniwersum umieścili losy swoich bohaterów.
Historia „Długiej utopii” rozpoczyna się w środku XXI wieku. Na Ziemi miały miejsce ważne wydarzenia: wybuchł wulkan Yellowstone i nastąpił wstrząs Dnia Przekroczenia. Jak te zjawiska wpłynęły na życie mieszkańców planety? Otóż skierowali oni swoje kroki jeszcze głębiej w Długą Ziemię i zaczęli kolonizować coraz to nowe jej wersje.
W czwartej części towarzyszymy starzejącej się Sztucznej Inteligencji Lobsang, żyjącej spokojnie w New Springfield, jak normalni ludzie, oddalonemu o duże odległości „Pierwszemu Kroczącemu”, który poznaje tajemnice swojej rodziny, oraz Sally Linsey, która podejrzewa ogromne zagrożenie dla Długiej Ziemi.
Jak ludzie przemieszczają się po różnorodnych światach? Koncept środka transportu w tym uniwersum jest niezwykle intrygujący. Otóż, jest on zbudowany z ziemniaka. Ten komiczny aspekt nie przeszkadza jednak w poważnym traktowaniu całego pomysłu duetu pisarzy. W powieści widoczne są pytania o kondycję ludzką, jaki los czeka człowieka i jak daleko może zajść w poszukiwaniu miejsca dla siebie.
Ta wciągająca koncepcja Długiej Ziemi spowodowała, że w pewnym momencie w trakcie czytania zaczęłam się zastanawiać, na jakiej wersji naszej planety sama bym chciała żyć. Jeżeli mogłabym wybrać, to czy różniłaby się ona znacząco od tej, w której funkcjonuję na co dzień? I czy w tym przypadku ja pozostałabym taka sama? Cenię sobie takie myślowe peregrynacje, które wypływają z czytania. Pozwalają niejako na dołączenie do bohaterów powieści i stworzenie swojej własnej historii w ich uniwersum.
Wysoką jakość powieści gwarantują właściwie jej autorzy i choć, jak wiadomo, wszystkim może zdarzyć się wpadka – tak nie było w tym przypadku. Sprawnie napisane historie, interesujący bohaterowie i intrygujący koncept przemieszczania się w przestrzeni za pomocą jeszcze bardziej zaskakującego środka transportu zachęciły mnie do sięgnięcia w wakacje po kolejne części. Dlaczego będę miała taką możliwość?
Otóż „Długa utopia” padła ofiarą mojego małego szaleństwa, na które pozwalam sobie od czasu do czasu. Był to pierwszy tom, pod który sięgnęłam. Na ogół podchodzę do serii tradycyjnie i czytam je od początku, jednak są takie cykle, które poznałam od środka. Nie zawiodłam się na moim instynkcie i wsiąknęłam w powieść Pratchetta i Baxtera od pierwszej strony. Osobom, które mają bardziej tradycyjne podejście, polecam oczywiście sięgnięcie po części zgodnie z ich kolejnością, jednak tym, którzy nie boją się książkowego ryzyka – śmiało, „Długa utopia” na Was czeka.
Katarzyna Kolibabska
(katarzyna.kolibabska@dlalejdis.pl)
Terry Pratchett, Stephen Baxter, „Długa utopia”, Warszawa, Prószyński i Ska, 2016
Komentarze