„Dobra samarytanka” – recenzja

Recenzja książki „Dobra samarytanka".
„Niemal każdy wolontariusz na tej sali ma ten sam cel: być kimś, na kogo dzwoniący może zrzucić swoje problemy. No i jestem jeszcze ja. Ja mam własny ukryty cel”.

Laura Morris sprawia wrażenie troskliwej matki i spełnionej kobiety. Ukrywa jednak mroczne sekrety przeszłości. Wtapia się w tłum – zależy jej na udanym życiu małżeńskim, z chęcią udziela pomocy tym, którzy jej potrzebują. Okazją do tego ostatniego jest wolontariat w Ostatnim Przystanku. Laura odbiera telefony od osób zdesperowanych, stojących na granicy wyboru pomiędzy życiem a śmiercią. Problem w tym, że jej rozumienie pomocy zostało zniekształcone przez traumę, której doświadczyła. Uznawszy samobójstwo za akt będący w pełni świadomą decyzją, nie waha się udzielać „wsparcia” przy jego dokonywaniu. Działa w cieniu. Czerpie mroczną satysfakcję, gdy w słuchawce słyszy wybawicielski ostatni oddech. Wszystko zmienia się, gdy wyrządzane przez nią krzywdy w końcu zaczynają nieść za sobą skomplikowane konsekwencje, a nad Laurą zawisa widmo nieuchronnej zemsty.

Brzmi intrygująco? A może przewidywalnie? Jeśli skłaniasz się ku tej drugiej opcji, to nic bardziej mylnego. Historię opisaną przez Johna Marrsa najlepiej odkrywać samodzielnie, dlatego nie zamierzam zdradzać zbyt wiele. Mogę jedynie zapewnić, że to krótkie uchylenie rąbka tajemnicy jest jedynie przedsmakiem tego, co „Dobra samarytanka” ma do zaoferowania. To jedna z tych książek, które nie przebierają w środkach i nie wahają się szokować czytelnika. Kiedy już wydaje się, że powoli wszystko zaczyna się układać, po kilku stronach autor ponownie zaskakuje nas zwrotem akcji. Powieść podzielono na cztery części, a napięcie rośnie z każdą kolejną. W połowie książki rozpoczyna się prawdziwa „jazda bez trzymanki”. Ciekawość, co wydarzy się dalej, skutecznie utrudnia oderwanie się od lektury. Muszę przyznać, że pochłonęłam dwie ostatnie części w jeden wieczór i ani przez chwilę się nie nudziłam.

John Marrs po raz kolejny udowadnia, że świetnie odnajduje się w pisaniu thrillerów. Jeżeli jesteście miłośniczkami tego gatunku, to zapewniam, że się nie zawiedziecie. Pomysł na fabułę „Dobrej samarytanki” jest świeży i oryginalny, a jednocześnie wywołuje dyskomfort i zmusza do konfrontacji z trudnymi zagadnieniami. Co warto podkreślić – podejmowany przez Johna Marrsa temat może być dla niektórych nieodpowiedni. Ze względu na motywy chorób psychicznych i samobójstwa nie będzie to lektura dla każdego. Jeżeli jednak powieści Kinga wciąż nie dostarczają wam wystarczająco mocnych wrażeń, moralnie niejednoznaczni bohaterowie nie stanowią problemu, a fabularne szaleństwo nie jest wam straszne, nie wahajcie się, bo to zdecydowanie tytuł dla was.

Czy „Dobrej samarytance” można coś zarzucić? Problemem nie jest sam fakt, że trudno polubić postaci przedstawione w powieści, jednak w mojej opinii niektóre ich zachowania oraz posunięcia zahaczają o granice absurdu. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale pewni bohaterowie wydają się źli do szpiku kości niczym czarne charaktery rodem z bajek Disneya. Marrs konsekwentnie pokazuje najmroczniejsze oblicza ludzkiej natury. To, do czego przekonuje nas narracja, okazuje się zwodzić nas na manowce. Nie możemy ufać nikomu i może właśnie dlatego ta historia pozostaje w pamięci na długo po zakończeniu lektury.

Jadzia Pęczalska

John Marrs, „Dobra samarytanka”, Czwarta Strona, Poznań, 2026.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat