Dolce vita jednak nie jest dolce

Recenzja książki Penelope Green Rzymskie dolce vita.
Autorka książki to zarazem główna bohaterka, która jako niezależna, wyemancypowana kobieta, postanawia uciec z dala od tłoku Sydney, życia, do jakiego przywykła i spróbować czegoś nowego.

Kroki swoje kieruje w stronę Rzymu, w którym zakochała się, będąc jeszcze dzieckiem. Penelope dobiega trzydziestki, nie ma oczywiście stałego partnera, jej poprzednie związki kończyły się zwykle fiaskiem. W pięknej stolicy pełnej przystojnych brunetów ma nadzieję na odnalezienie drugiej połowy, ale także siebie, własnej tożsamości, pragnień. Tego, co kocha i co właściwie chciałaby pokochać. I brzmi to całkiem nieźle, gdy scenerią owych miłosnych umizgów staje się Koloseum, Campo di Fiori czy włoskie trattorie. Książka jest bogata w informacje o zwyczajach Włochów, ich stosunków do stranieri, czyli obcych, potrawach, kulturze i mentalności.

Ubogo jednak przedstawia się, jeśli chodzi o fabułę. ?Rzymskie dolce vita? to pamiętnik, którego czytanie niemiłosiernie nuży, w którym uwzględnienie poszczególnych godzin z rozróżnieniem na najbardziej prozaiczne czynności, bierze górę nad fabułą. I tak, dowiadujemy się, że o 12 Pen umyła zęby, gdzie pół godziny później przebrała się już w sukienkę (jej kolor, krój i fason również nie mogłyby zostać pominięte). Największe drobiazgi, na które przeciętny człowiek nie zwróciłby uwagi, są w książce wzniesione na piedestał i przesłaniają mierną już i tak akcję. Akcja- ten nagłówek w odniesieniu do książki Penelope Green stwarza niezłą zagadkę. Na jej podstawie bowiem nigdy nie dowiemy się, czym akcja właściwie jest. Niby to Pen spotyka się z przystojnymi Włochami, niby to stara się podjąć pracę, co przy braku znajomości języka staje się nie lada wyzwaniem, niby to nawet uprawia niebiańsko dobry seks. Niby tyle rzeczy, a żadna z nich nie potrafi zająć choćby na kilka minut. Bo przystojni Włosi są monotematyczni, rozmowy żałośnie nudne, usilne próby zawsze zwieńczone sukcesem, a niebiański seks spłycony do młodzieńczych igraszek w samochodzie.

Sprawa ta jest tym bardziej zadziwiająca, że autorka książki pracowała przez kilka lat jako dziennikarka największej włoskiej agencji (ANSA). Dziennikarska rzeczowość, suche ujęcie tematu przeplatają się w książce z ułomną drobiazgowością, gdzie dwa oksymoronowe czynniki nijak do siebie nie pasują. Być może dlatego ?Rzymskie dolce vita? czyta się, bo się czyta, wykonując szereg pobocznych czynności, które mogłyby uratować przez zaśnięciem, albo nawet popadnięciem w hibernację. Na krytykę zasługuje też sam pomysł, który choć przytacza fakty z życia Green, nie grzeszy oryginalnością. Idealistyczna pogoń za marzeniami, podróż w nieznane, przypomina w tym wypadku jedynie Ikara. Z tą tylko różnicą, że upadek jest dla czytelnika dużo boleśniejszy.

Natalia Kędziak
(natalia.kedziak@dlalejdis.pl)

Penelope Green, ?Rzymskie dolce vita?, Prószyński i S-ka 2010


Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat