Mając w pamięci porażającą pod względem treści, ale cudownie napisaną i szalenie interesującą książkę „Chłopki. Opowieść o naszych babkach”, po przeszło roku sięgnęłam po świeżo wydany „Dom bólu” autorstwa Kamili Jannasz. Co prawda „Chłopki…” są reportażem, a recenzowana tutaj pozycja stanowi powieść obyczajowo-dramatyczną, ponadto pierwsza dotyczy głównie początku XX wieku, druga zaś prezentuje historię z lat 70. i 80., jednak obie zdają się skupiać na tym samym: krzywdzie kobiet z dwudziestowiecznej polskiej wsi.
Niestety ogromne nadzieje, z którymi zasiadłam do lektury „Domu bólu”, zaczęły maleć w toku czytania. I to od pierwszej strony. Poruszająca historia, której się spodziewałam, okazała się prawdopodobnie całkiem niezłym pomysłem na fabułę – nie wiem, trudno mi ocenić – skąpanym w marnym stylu pisania autorki. Nierealistyczne i toporne dialogi rodem z „Trudnych spraw”, ciągłe powtórzenia merytoryczne czy też notoryczne używanie słów określających charakter sytuacji zamiast faktycznego oddania emocji fabularnie – te i inne elementy sprawiły, że czułam się, jakbym obcowała z powieścią za 10 zł z kiosku.
Jeżeli chodzi o zarzut dotyczący powtórzeń merytorycznych, dosłownie co kilka stron pojawiają się te same informacje, m.in. że: dziewczynka chce uciec z domu, matka bije córkę, ojciec nie chce się wtrącać, matka stwarza pozory bycia dobrą gospodynią i opiekunką, bo zależy jej na opinii społeczności. Doprawdy nie wiem, czy Jannasz podejrzewa, iż jej czytelnicy mają amnezję lub demencję, czy może traktuje ich jak idiotów, którzy nie potrafią zapamiętać prostej informacji. Ja na przykład absolutnie nie potrzebuję setnego przypomnienia, że matka bije córkę, zwłaszcza że przeczytałam już całą stronę poświęconą momentowi, w którym to się dzieje.
Jeśli zaś chodzi o ciągłe używanie słów określających charakter sytuacji zamiast faktycznego oddania emocji fabularnie, prawdopodobnie wynika to z faktu, iż autorka nie potrafi budować klimatu sceny. Zobacz, jaki ładunek emocjonalny zawiera fragment: „Czułam, jak gardło zaciska mi się mimo nadal szeroko otwartych ust. Wołałam o pomoc z całych sił, nie wydając jednak dźwięku. Nie byłam w stanie wykrzyczeć, wypowiedzieć, wyszeptać ani słowa. A ty umierałeś. Razem z tobą umierało moje serce”, a jak zmienia się odbiór emocji po zmodyfikowaniu opisu w stylu Jannasz: „Czułam, jak gardło zaciska mi się mimo nadal szeroko otwartych ust. Byłam taka smutna! Wołałam o pomoc z całych sił, nie wydając jednak dźwięku. Przerażenie i smutek wypełniały moje ciało. Nie byłam w stanie wykrzyczeć, wypowiedzieć, wyszeptać ani słowa. A ty umierałeś. Ta sytuacja była przerażająca. Razem z tobą umierało moje serce. To było takie okropne”. Albo inaczej: wyobraź sobie, jak wyglądałyby horrory, gdyby Stephen King czy Graham Masterton, zamiast faktycznie opisywać wydarzenia w klimacie grozy, po prostu dodawaliby do każdego opisu: „To było takie straszne!”, „To bardzo przerażające”.
Zarzut mam również w stosunku do bohaterów. Autorka „Domu bólu” nie potrafi dobrze napisać postaci. Pogłębionych portretów nie tworzy w ogóle, powierzchowne opisy zaś sprawiają wrażenie – ponownie – skierowanych do idiotów. Najlepszym przykładem jest przeciwieństwo sióstr: dobra jest piękna, szczupła, poukładana i nawet ogródek ma piękny, zła zaś wygląda brzydko, jest gruba i nawet ogórka nie umie pielęgnować. Przecież to jest absurd. Dodatkowo żadna postać nie jest ciekawa.
Ostatecznie książki nie doczytałam. Szkoda czasu na coś tak kiepskiego. Z przykrością stwierdzam, iż w „Domu bólu” nie widzę żadnych plusów. Bohaterowie nie są dobrze napisani ani ciekawi, fabuła jest nudna i miałka, stylu pisania Jannasz nie da się znieść. Wszystko jest nazwane słowami zamiast zostać ze słów zbudowane, aby czytelnik mógł faktycznie odczuć, iż coś jest straszne, smutne, a nie czytać, że takie jest. W efekcie historia zamiast angażować – nudzi. Lektura jest niczym oglądanie niskobudżetowego filmu.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Kamila Jannasz, „Dom bólu”, Novae Res, Gdynia, 2025.