„Dom samobójców” to drugi, po niewydanym w Polsce „Some Choose Darkness”, tom przygód rekonstruktorki sądowej Rory Moore i psychologa/profilera Lane’a Phillipsa, partnerów nie tylko na polu zawodowym. Jak zapewnia nas w nocie autor, mimo iż stworzone przez niego postaci pojawiają się epizodycznie lub pierwszoplanowo w wielu powieściach, to za każdym razem dołożono starań, aby dana historia tworzyła osobną całość i jak najbardziej dotrzymuje słowa. Nie ma więc ani przymusu, aby czytać w kolejności, ani poczucia wrzucenia na głęboką wodę lub bycia niedoinformowanym.
Tym razem miejscem akcji jest położony w lesie, ogrodzony bramą prestiżowy internat, który szczyci się zarówno stuprocentowym odsetkiem podopiecznych kończących placówkę, jak i kontynuujących edukację na kolejnym szczeblu. Zbyt piękne, aby było prawdziwe? Druga, mroczniejsza strona medalu wychodzi na jaw, kiedy na teren kampusu zajeżdżają policyjne radiowozy, a w starym domu nauczycielskim odkryte zostają zmasakrowane zwłoki dwóch nastolatków. Śledztwo mimo postawienia zarzutów nie przynosi wszystkich odpowiedzi, na domiar złego powiązani z feralną nocą uczniowie zaczynają popełniać samobójstwa. Rok po wydarzeniach wątek morderstw powraca za sprawą popularnego podcastu, który następnie ściąga do Westmont naszych głównych bohaterów.
Plusem „Domu samobójców” jest z pewnością potrójna płaszczyzna czasowa: lato 2019, lato 2020 i bliżej nieokreślona przeszłość ujawniana fragmentarycznie dzięki cytatom z dziennika. Dzięki niej poznajemy równocześnie osoby zainteresowane odkryciem prawdy, jak i świadków pragnących zachować swoje sekrety, a nawet skrzywioną psychikę człowieka, który okazuje się odpowiedzialny za całe to zamieszanie. Rozdziały są krótkie i dość przystępnie napisane, jednak ciężko tu mówić o paraliżującej, dającej się kroić nożem atmosferze strachu.
Wręcz pozorom bywa dość sennie, a czasem wkrada się wręcz wrażenie chaosu, kiedy zostaje wprowadzona kolejna postać lub wydarzenia zaczynają się zazębiać w nie do końca spójny sposób. Niektóre, dość oczywiste fakty są powtarzane do znudzenia tak, jakby czytelnik zdołał już je zapomnieć, a momenty, w którym musimy śledzić, jak główna bohaterka wybiera się w podróż, kupuje, a następnie pieczołowicie odnawia zniszczoną, porcelanową lalkę, niepotrzebnie wybijają z rytmu i po prostu nudzą.
Moje ogólne wrażenie z lektury można by skwitować słowami „był potencjał na więcej”. Nie jest to zła pozycja, ale biorąc pod uwagę tematykę zdecydowanie dałoby się z niej wycisnąć coś bardziej mięsistego i klimatycznego niż nieco przegadane czytadło do poduszki.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Charlie Donlea, „Dom samobójców”, Wydawnictwo Filia, Poznań, 2021 r.
Komentarze