Telewizja nadaje nowy format. Jest to program erotyczny oparty na „Dekameronie” Boccaccia. 7 kobiet i 3 mężczyzn ma zabawiać widzów i siebie nawzajem najbardziej pikantnymi i ociekającymi erotyką opowieściami. Tylko jeden z nich, ten który wywoła i najdłużej utrzyma podniecenie widzów, zostanie zwycięzcą.
Jak na złość twórcom, początkowo uczestnicy nie mówią o seksie. Raczej dzielą się swoimi radościami i troskami. Wprawia to w szewską pasję reżysera – bo przecież słupki, bo oglądalność! Widzowie chcą pikanterii i seksu! Nikt nie ma ochoty słuchać o życiowych problemach!
Okazuje się jednak, że ani widzowie ani uczestnicy nie są tacy głupi. Mimo nieustannych seksualnych nagabywań ze strony prowadzących, zawodnicy toczą opowieści w swoim rytmie. Widzowie natomiast wciągają się w te, z pozoru zwykłe, historie. Cała koncepcja show, w którym zamyka się ludzi w tak zwanym Domu Wzajemnych Rozkoszy i każe dzielić się seksualnymi przeżyciami budzi w czytelniku zażenowanie. Natomiast wtrącenia prowadzących – MacPenisa i MacCipki – sprawiają, że nie stać nas nawet na porządne postukanie się w czoło, bo ile razy można. Dopiero później telewidzowie stwierdzają, że skoro telewizja ich karmi tą papką to może jednak powinni jej oczekiwać? Z czasem też, jak się okazuje inteligentni i nie dający się wodzić za nos MacPenisowi i MacCipce, uczestnicy odsłaniają coraz wstydliwsze sekrety. Widz i czytelnik oswaja się z formułą programu. Idealnie ukazany jest tu mechanizm przyzwyczajania odbiorcy do najniższych treści i karmienia go przekonaniem, że stanowią one odpowiedź na jego oczekiwania.
I wtedy niespodziewanie ginie jedna z uczestniczek. Mimo, iż reżyser postanawia, że show musi trwać, atmosfera gęstnieje. Nikt z zawodników nie może czuć się bezpieczny. Z czasem odkrywamy też, że są oni w jakiś sposób powiązani, a casting nie był przypadkowym wyborem.
„Dom wzajemnych rozkoszy” trzyma w napięciu do ostatniej strony. Umiejętne żonglowanie historiami bohaterów podsyca ciekawość czytelnika. Podobnie jak widzowie, my też nie możemy doczekać się końca opowieści. Ten jednak pozostawia nas z większą liczbą pytań niż odpowiedzi. Książka się urywa, nie dając nam pewności czy autorka planuje kontynuację, czy każdy z nas powinien dopisać sobie swoje własne zakończenie. Wydaje się bowiem, iż ważniejsze niż to kto zabił, jest ukazanie oddziaływania telewizji i kreowania przez nią rzeczywistości. Ta książka to satyra na współczesny coraz bardziej obnażający się świat i galopujące za sensacją media. Dodatkowo mamy tu całą gamę polskich przywar i obaw. Hanna Samson w, może momentami przejaskrawiony, ale bardzo trafny sposób portretuje nasze społeczeństwo.
Autorka snuje swoją opowieść pod znakiem bardzo inteligentnego humoru brutalnie obnażającego absurdy naszej codzienności i sfery publicznej. Książka jest oparta na oryginalnym pomyśle i napisana ironicznym stylem, który osobiście uwielbiam. Momentami wręcz prosto z mostu uderza w czytelnika, niekiedy bardzo dosadnym językiem. W Domu Wzajemnych Rozkoszy nie ma bowiem miejsca na owijanie w bawełnę.
Beata Żelazek
(beata.zelazek@dlalejdis.pl)
Hanna Samson, „Dom Wzajemnych Rozkoszy”, Warszawa, Wydawnictwo Czarna Owca, 2014
Komentarze