Czyli nic nowego. Chociaż w thrillerach sam zarys fabuły nie jest tak istotny, jak to napięcie, które ma towarzyszyć czytelnikowi podczas lektury. Po „Domniemaniu winy” Marcii Clark spodziewałam się takiego właśnie dreszczyku emocji. Tym bardziej, że okładka przekonywała mnie, że będzie to „mistrzowski thriller”, streszczenie z tyłu książki także napawało optymizmem.
I z takim nastawieniem wkroczyłam w świat Rachel Knight, młodej, ambitnej i odnoszącej sukcesy zawodowe prokurator z Los Angeles. Kłopoty zaczynają się w momencie, w którym jej kolega z wydziału zostaje zamordowany w dość podejrzanych, obciążających go okolicznościach. Rachel, za sprawą nacisków „z góry”, zostaje poproszona o przejęcie jednej ze spraw zmarłego kolegi, jednocześnie na własną rękę decyduje się na poznanie prawdy o śmierci Jacke’a. Do pomocy w obu sprawach ma swoją przyjaciółkę, detektyw Bailey Keller. Obie młode, nieustraszone przedstawicielki prawa konsekwentnie krok po kroku odkrywają prawdę.
Niestety, gdzieś podczas lektury umknęło mi całe mistrzostwo gatunku. Owszem, „Domniemanie winy” napisane zostało bardzo sprawnie, czyta się je przyjemnie i płynnie. Marcia Clark równym tempem przeprowadza czytelnika przez kolejne ślady, tropy, podejrzenia i przełomy. Chwilami pozostawia w lekkiej niepewności i niemal do końca nie pozwala domyślić się rozwiązania zagadek. Tak więc z pozoru książce nie można niczego zarzucić, jednak to „mistrzostwo” było naprawdę dużym nadużyciem. Być może jestem zbyt gruboskórnym czytelnikiem i moje serce nie drży już ze strachu na samo słowo „thriller” i podejrzenie głównej bohaterki, że ktoś ją śledzi. To dla mnie trochę za mało. Marcia Clark ma bardzo sprawne pióro, ale w „Domniemaniu winy” zabrakło mi finezji i tego specyficznego klimatu grozy i niepewności. I chyba znalazłam przyczynę tych odczuć. Jest nią… język, w jakim książka została napisana. To, co sprawiło, że „Domniemanie winy” czytało się naprawdę miło, jednocześnie zaprzepaściło szanse książki na określenie jako dobry thriller. Narracja prowadzona jest bowiem w pierwszej osobie, a Rachel ma zbyt wyostrzone poczucie humoru. Jej złośliwe, ale zabawne komentarze, zbyt szybko rozładowywały wszelkie napięcie, zanim jeszcze w ogóle mogłam je poczuć.
„Domniemanie winy” można przeczytać bez obawy, że ta lektura zakłóci spokój. A ponieważ w stylu Marcii Clark widzę spory potencjał, z przyjemnością sięgnę po jej kolejne książki, ale już może z nieco innego gatunku.
Agata Podgajska
(agata.podgajska@dlalejdis.pl)
Marcia Clark, „Domniemanie winy”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011
Komentarze