Z postacią Israela Keyesa po raz pierwszy zetknęłam się mniej więcej rok temu, oglądając film dokumentalny „Method of a Serial Killer”. Do tej pory mam w pamięci sceny z przesłuchań (w serwisie You Tube można znaleźć 6 godzin nagrań!), w trakcie których mężczyzna opowiadający o swych nikczemnych popędach zachowuje się, jakby ucinał sobie pogawędkę przetykaną żartami i wybuchami śmiechu, wyraźnie czerpiąc satysfakcję z poświęcanej mu uwagi śledczych i sprawowanej nad nimi kontroli odnośnie tego, co ujawnia, a co postanawia przemilczeć.
Kiedy więc dowiedziałam się o premierze „Drapieżnika”, czułam, że nie odpuszczę okazji, aby dowiedzieć się więcej o tym wymykającym się schematom seryjnym mordercy. Keyes nie posiadał jednego motywu zabijania, profilu ofiary, modus operandi, charakterystycznego miejsca dokonania zbrodni czy sposobu pozbycia się ciała. Oprócz zabójstw miał na koncie również włamania, napady na banki, podpalenia i gwałty. Na tle zdeprawowanych „kolegów z branży” wyróżnia go praktycznie niespotykana zdolność odroczonej satysfakcji. Mężczyzna przygotowywał sobie zestawy narzędzi zbrodni, które ukrywał w umieszczanych pod ziemią lub przykrytych kamieniami wiadrach, aby potem skorzystać z nich, gdy ponownie pojawi się w okolicy, a podróżował sporo z racji wykonywanego zawodu.
Maureen Callahan krok po kroku prowadzi nas przez skomplikowane śledztwo zapoczątkowane w lutową noc porwaniem osiemnastolatki z kiosku z kawą. Mimo iż jego kluczowe etapy i finał były mi znane, muszę przyznać, że autorka wykonała kawał porządnej dziennikarskiej pracy, ujawniając sporą dawkę informacji, również tych niewygodnych dla organów ścigania. W pewnym momencie zauważyłam rażącą rozbieżność między książką i filmem (chodzi o stosunek Keyesa do kary śmierci), na szczęście okazało się, że to nie Callahan, ani tłumacz zawinił, a twórcy dokumentu postanowili pewne sprawy uprościć/przemilczeć(?). W „Drapieżniku” nie ma na to miejsca, na jaw wychodzą zarówno kwestie wewnętrznych i personalnych problemów między FBI, komendami policji, aresztem i prokuratorem, jak i ciemne interesy ojca baristki.
O ile do wnikliwości i bezkompromisowego podejścia nie mam zastrzeżeń, o tyle, niestety, muszę stwierdzić, że jeśli chodzi o treść, to jest ich kilka. Książkę przeczytałam znacznie wolniej niż zakładałam i nie wciągnęła mnie na tyle, ile bym chciała. Mimo zainteresowania tematem zabrakło mi dreszczyku emocji i nerwowego przewracania stron. Styl bywał rozwlekły i nużący, zdecydowanie można było odpuścić streszczanie biografii i opisywanie wyglądu poszczególnych funkcjonariuszy. Dużą wadą w moim odczuciu jest również fakt, iż reportaż, nie licząc okładki, pozbawiony jest ilustracji, o które tekst czasem aż się prosi. Zamiast pisać, że Keyes przypominał podejrzanego, lepiej byłoby po prostu zestawić jego zdjęcie z portretem pamięciowym albo chociaż go zamieścić.
Podsumowując, „Drapieżnik” to solidna pozycja w sam raz dla fanów kryminałów i gatunku true crime. Myślę, że osobom, które ze spraw(c)ą zetkną się po raz pierwszy, powinna dostarczyć niezłej dawki wrażeń.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Maureen Callahan, „Drapieżnik”, Kraków, Wydawnictwo Znak, 2020 r.
Komentarze