Edward ma 12 lat. Razem z rodzicami i bratem wybiera się w podróż do Los Angeles. Samolotem. Niespodziewanie dochodzi do katastrofy lotniczej. Spośród niecałych 200 pasażerów tego lotu, tylko Edward przeżywa. Media natychmiast przypisują mu łatkę szczęściarza, wybrańca. A czy Edward nie jest taką samą (lub być może nawet większą) ofiarą tej katastrofy?
Dotychczasowe życie chłopca nieodwracalnie się kończy. Wszystko, co znał i kochał, od tego dnia pozostaje już tylko wspomnieniem. Czy Edward znajdzie w sobie wystarczająco dużo siły, by się podnieść po tym traumatycznym doświadczeniu, poskładać swoje życie? Czy depresja i poczucie beznadziei okażą się zbyt przytłaczające? Czy uda się zagłuszyć żal i wyrzuty sumienia, że on przeżył, podczas gdy tylu innych zginęło? I wreszcie – czy w ogóle możliwy jest powrót do normalności, do cieszenia się ze zwykłego doświadczania codzienności?
„Drogi Edwardzie” uderza w najczulsze struny. Przyznaję, że ciężko mi się czytało o chłopcu, który musiał poradzić sobie z tym, co go spotkało. Trudno było powstrzymać wzruszenie. Ann Napolitano z ogromnym wyczuciem prowadzi czytelnika przez tę historię, przez studium żałoby. Nie oszczędza ani bohatera, ani nas, a jednak jednocześnie tam, gdzie wydaje się, że nic nie można zrobić poza zatopieniem się w ciemność, zapala światełko nadziei i pozwala uwierzyć, że jeszcze kiedyś uda się dostrzec piękno tego, co nas otacza. W książce równolegle prowadzone są dwie osie czasowe – tuż przed katastrofą i po niej. W tej pierwszej (co uważam za ogromny atut książki) poznajemy nie tylko Edwarda i jego rodzinę, ale mamy okazję przyjrzeć się odrobinę bliżej innym pasażerom – co działo się w ich życiu, jakie rozterki, emocje im towarzyszyły. To sprawia, że ta historia staje się znacznie bardziej wielowymiarowa, z jeszcze pełniejszą gamą emocji.
Ann Napolitano naprawdę poruszyła mnie tą książką i tym, w jaki sposób poradziła sobie z tą historią. A tak łatwo można było ją popsuć! To trochę tak, jakby przez te ponad 300 stron stąpano po bardzo kruchym lodzie i go, na szczęście, nie złamać.
Choć bohaterem książki „Drogi Edwardzie” jest dziecko, nie jest to książka z gatunku literatury dziecięcej czy stricte młodzieżowej. Owszem, nastolatkowie także mogą po nią sięgnąć, ale potrzeba się w tej opowieści zanurzyć, nawet jeśli wykracza to poza naszą normalną czytelniczą strefę komfortu.
Cóż, nie da się chyba tej książki nie polecić. Nie spodziewałam się, że pod tak delikatną okładką kryje się tak mocna i emocjonalna historia. Książka trudna i optymistyczna jednocześnie z ogromną dbałością o szczegóły narracyjne i literackie. To jedna z tych książek, które zostają w głowie na dłużej i które są naprawdę po coś, a nie tylko dla ozdoby domowej biblioteczki.
AP
(biuro@dlalejdis.pl)
Ann Napolitano „Drogi Edwardzie” Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020
Komentarze