„Duch opata, czyli pokusa Maurice’a Treherne’a” – recenzja

Recenzja książki „Duch opata, czyli pokusa Maurice’a Treherne’a”.
XIX-wieczne romanse z wątkiem paranormalnym w tle.

W zeszłym roku recenzowałam świąteczny zbiór opowiadań Louisy May Alcott „Gwiazdka. Opowieści ilustrowane”. Już po lekturze, z czystej ciekawości, próbowałam ustalić, czy było to definitywne zestawienie historii bożonarodzeniowych, jakie wyszły spod jej pióra. Okazało się, że jest ich znacznie więcej i teraz, nietypowo, bo w środku lata, Wydawnictwo MG wypuściło kolejny z nich - „Duch opata, czyli pokusa Maurice’a Treherne’a”. Czytając opis, zastanawiałam się nad dwiema kwestiami: dlaczego nie dostał się do zeszłorocznej antologii i co też kryje się za tym podwójnym tytułem.

„Ducha opata, czyli pokusę Maurice'a Treherne'a” można podzielić na dwie, prawie równe objętościowo, części. Pierwsza koncentruje się na ekspozycji i przedstawieniu relacji między postaciami. Ograniczają się do romansów, przyjaźni i więzi rodzinnych różnego szczebla, ale bywają zagmatwane (zawsze można liczyć na pomoc ze strony tłumaczki Doroty Tukaj).

Główny bohater jest dość nietypowy, co już samo w sobie jest miłym zaskoczeniem. Maurice Treherne to młody mężczyzna, który w dobiegającym końca roku miał wyjątkowego pecha. Stracił fortunę, jaką miał odziedziczyć w spadku i został sparaliżowany w wyniku nieszczęśliwego wypadku, a na horyzoncie majaczy również prawdopodobny zawód miłosny. Kiedy do rodzinnej rezydencji przybywają goście, Maurice początkowo pełni rolę cichego i nieco odsuniętego na bok przez chorobę obserwatora, ale z czasem można dostrzec, że jest również swego rodzaju katalizatorem wydarzeń.

Druga, w moim odczuciu znacznie lepsza i ciekawsza, połowa wreszcie wprowadza zapowiedziany w tytule wątek ducha/ów. Zwykle nie przepadam za takimi motywami, bo kojarzą mi się z efekciarstwem i marnymi horrorami, w których z wyprzedzeniem można przewidzieć, kiedy stanie się coś strasznego. Tutaj jednak jest to wyczekiwany powiew świeżości dodający mrocznej aury i odrobiny emocji, nawet jeśli w ostatecznym rozrachunku nadal pozostajemy w tematyce małżeństw z miłości i tych podejmowanych z rozsądku, czyli w zasadzie całego meritum arystokratycznych zalotów.

Akcja, co prawda, rozgrywa się w trakcie świątecznego tygodnia, ale same święta są tutaj odsunięte na dalszy tor. Nikt nie ubiera choinki, nie daje prezentów, ani nie składa życzeń, nie ma nawet uroczystego obiadu. Jedyne, co sugeruje, że mamy do czynienia z czasem Bożego Narodzenia to ozdoby na ścianach sali balowej i we włosach żeńskiej części towarzystwa. Można więc powiedzieć, że są jedynie pretekstem do stłoczenia wszystkich bohaterów w jednym budynku na mniej więcej tydzień.

Podsumowując, „Duch opata…” jest opowieścią raczej dla fanów romansów z wyższych sfer i fantasy w wersji retro niż tych spragnionych prawdziwego bożonarodzeniowego klimatu. Decyzja o nieuwzględnieniu tej historii w „Gwiazdce…” była moim zdaniem jak najbardziej słuszna.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

Louisa May Alcott, „Duch opata, czyli Pokusa Maurice’a Treherne’a”, Wydawnictwo MG, Kraków, 2025.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat