Duże, czarne auto nieznanej marki, nietypowe, wręcz dziwne, emituje wyczuwalnie złą energię. Pojawia się wtedy, gdy bez wieści giną dzieci. Bogna właśnie w ten sposób straciła ukochaną córkę, a po dwóch dekadach dzieci znów zaczynają znikać. Kobieta przypadkowo spotyka byłego wojskowego, bezdomnego Huberta, który chce jej pomóc odkryć tajemnicę czarnej furgonetki. Jest tu jeszcze Niko, dzieciak, który chce odnaleźć swojego przyjaciela, a także Blacha, który uciekł ze szpitala psychiatrycznego. Zastanawiacie się, o co w tym wszystkim chodzi? Cóż, ja także.
Wydawało mi się, że w tym roku przeczytałam już kilka kiepskich książek, jednak się myliłam. „Dwadzieścia lat ciszy” zdecydowanie podniosła poprzeczkę w tej kategorii. Wybaczcie, że zaczęłam tak z grubej rury, powinnam była budować napięcie i wprowadzić was w moją opinię nieco delikatniej, zaczynając od konstruktywnej krytyki i wynajdując w książce to, co mi się podobało, jednak nie tym razem. Wielokrotnie pisałam, że nie doszukałam się w danej powieści niczego, co by mi się spodobało, jednak tak naprawdę nie wiedziałam, o czym wtedy mówię. Powieść Przemysława Wilczyńskiego jest wręcz absurdalnie kiepska i choć czuję się jak ostatni drań, pisząc to, bo wiem, ile pracy trzeba włożyć w napisanie powieści i jak wiele jej papierowe wydanie znaczy dla autora, ale to naprawdę nie powinno się wydarzyć.
Jednym z największych problemów tej powieści jest w zasadzie brak dialogów. Otrzymujemy ich tak małą ilość, że wręcz możemy założyć, że ich tutaj nie ma, a jak już są, to są to typowe rozmowy o niczym, których wpływ na fabułę czy nasz odbiór postaci, jest znikomy. Książka ta liczy sobie ponad czterysta stron narracji tak nudnej, że przeczytanie jej w całości staje się prawdziwym wyzwaniem. Autor całkowicie skupił się na przydługawych monologach, a w zasadzie zapisie przemyśleń bohaterów oraz na opisach wszystkiego i niczego. Rozdziały, które są pisane z perspektywy Blachy i Niko są zdecydowanie najgorsze. Rozumiem, że autor chciał podkreślić, że jeden z nich jest psychicznie chory, a drugi to dzieciak, ale litości. To było słabe, po prostu słabe.
Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze liczne onomatopeje, na przykład prócz opisu zapalanego światła, gdyby czytelnik nie wiedział, jak się to zazwyczaj odbywa, mamy jeszcze dodane „PSTRYK!”. Nie mogę też zapomnieć o wszelkich „STUK STUK”, „mniam mniam” i innych infantylizmach stylistycznych. Nie rozumiem, czemu autor uznał, że rozmowy prowadzone w głowach bohaterów przez kilkaset stron powieści będą w stanie zainteresować czytelnika, który oczekiwał powieści z dreszczykiem.
„Dwadzieścia lat ciszy” zostało, o zgrozo!, umieszczone przez wydawcę pod kategorią horror, więc nie dziwmy się, że czytelnik oczekiwał jednak wciągającej, ale i strasznej historii, co oczywiście nie oznacza latających rąk i strumieni krwi. Przy dobrym horrorze potrzebna jest tajemnica, która potrafi owładnąć naszym umysłem do tego stopnia, że nie możemy się uwolnić od historii, nawet po przeczytaniu zakończenia. Ja niestety podczas tej lektury musiałam się zmuszać do przeczytania, chociażby kilku kolejnych stron. Zakończenie, zamiast nieco podratować moją opinię o tej książce, jeszcze bardziej ją pogorszyło.
Czy powieść Przemysława Wilczyńskiego miała potencjał? Oczywiście, że tak, chcę również wierzyć, że autor ma dużo lepszy warsztat, niż to, co tutaj zaprezentował czytelnikom. Bardzo intrygująco zapowiadała się relacja między Niko a Hubertem, którzy nieco inaczej wykreowani, ponieśliby tę fabułę w inny, ciekawszy sposób. Szkoda, że autor nie skupił się bardziej na akcji powieści i na może nieco prostszym stylu, który przy atrakcyjnej fabule wręcz zyskuje na przekazie.
Joanna Adamski
(joanna.adamski@dlalejdis.pl)
Przemysław Wilczyński, „Dwadzieścia lat ciszy”, Wydawnictwo Akurat, Warszawa, 2021
Komentarze