„Dżentelmeni PRL-u” – recenzja

Recenzja książki „Dżentelmeni PRL-u”.
Rynek literatury biograficznej w Polsce ma się całkiem dobrze. Dla autorki tej książki mam więc dwie wiadomości. Oczywiście jedną dobrą, drugą złą.

Najpierw wiadomość zła. W tak okazałej ilości produkowanej teraz tego typu literatury, książka Emilii Padoły powinna utonąć. Słuch o niej powinien po prostu zaginąć. Wszak okres PRL-u cieszy się współcześnie tak wielkim powodzeniem, że niejeden pisarz chwytał się już tego tematu. Wymienić można chociażby Sławomira Kopra, nader płodnego autora, który wydaje rocznie nawet 4-5 książek o podobnej tematyce. Przez kilka ostatnich lat stworzył naprawdę imponującą objętościowo kolekcję. A że to kolekcja stosunkowo niedawna, nader dobrze pamiętam jego „Skandalistów PRL-u”. Było tam i o Hłasce, i o Tyrmandzie. Nic dziwnego, że widząc książkę Emilii Padoły pomyślałam „Boże, znowu!". Ale do rzeczy…

Już na samym początku musiałam być na nie. We wstępie (jak i zresztą przez całą książkę) autorka sili się na porównywanie wszystkich swoich bohaterów do ideału dżentelmena. Wyszukuje definicje, dopasowuje cechy. Wszystko rozbiera na czynniki pierwsze. I choć sama idea jest szczytna (i tytuł jak najbardziej adekwatny), to w tym wypadku jawi się to jako mocno przegadane, naciągane. Jakby autorka czuła, że coś jest nie tak. Jakby musiała się przed czytelnikami usprawiedliwić, wytłumaczyć im o co chodzi. Czemu? Bo faktycznie słowo „dżentelmen” nie do każdego Pana w tym zestawieniu pasuje? Bo czytelnik miałby nie zrozumieć? Nie – po prostu grzech nadmiaru. Tytuł by wystarczył. Nic do niego dopowiadać nie trzeba. Ale dalej…

Dobra wiadomość: książka nie utonęła. A przynajmniej mam nadzieję, że w rejs po rynku wydawniczym zabrała ze sobą tratwę. Jest naprawdę godna przeczytania i to przynajmniej z dwóch powodów.

Powód pierwszy: sprawdzamy, ile wiemy o ikonach PRL-u. Nowicki, Cybulski, Olbrychski... Wciąż kojarzymy filmy, w których grali, ale czy wiemy jacy byli prywatnie? A Tyrmand – król kolorowych skarpetek i jazzu? Co o nim możemy powiedzieć po latach? Zapewne niewiele. Osobną kwestią jest wciąż popularny Marek Hłasko, którego historię opisano w rozdziale „Wstyd dżentelmena”. Jego literatura dziś też święci triumfy, o fanpage'ach inspirowanych jego twórczością nie wspomnę. Ale nawet, jeśli ktoś czytał „Pięknych dwudziestoletnich”,  z książki Emilii Padoły dowie się wielu interesujących (a czasem zaskakujących) rzeczy.

Powód drugi: bo to książka dobrze napisana. Znane fakty przeplatają się z mniej znanymi anegdotami. Niektóre historie (pomijane w mediach) rzucają nowe światło na ocenę postaci i ich zachowań (np. na związek Łapickiego z młodszą o sześćdziesiąt lat partnerką). Mocną stroną książki jest spójny, barwny język. Dalej nie zamierzam się nad tym rozwodzić, bo jeśli coś jest dobre, to jest i kropka.

Pro forma wypada też wspomnieć o autorce. Emilia Padoł aktualnie pisze dla Onetu i jest dopiero u progu swojej pisarskiej kariery, co, miejmy nadzieję, dobrze rokuje na przyszłość. I jej, i czytelników.

O artystach PRL-u można pisać różnie. Ironicznie jak Koper, albo lirycznie, jak Ula Ryciak (autorka książki o Agnieszce Osieckiej). Można też jak Emilia Padoł – barwnie, żywo, ciekawie. Od początku, do samego końca. Z anegdotami. Tak, by czytelnik nie zasnął. Być może to tylko truizmy, ale faktem jest, że „Dżentelmeni PRL-u” to publikacja, którą czyta się jednym tchem. Taka, w którą czytelnik „wsiąka” (a może i na odwrót – to książka „wsiąka” w czytelnika, stopniowo, kawałek po kawałku). 

Ewa Grabowska
(ewa.grabowska@dlalejdis.pl)

Emilia Padoł, „Dżentelmeni PRL-u”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2015



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat