Choć czas na „Dzieci kartografa” zarezerwowałam sobie w trakcie weekendu, to rozpoczęłam ją już podczas powrotu z poczty, gdzie odbierałam paczkę. Wyczekiwałam już jej właściwie od momentu zamówienia, a razem ze mną moja mama, której o niej opowiedziałam.
Fabuła książki jest magiczna. Nie pozwala o sobie zapomnieć zarówno, jak oderwiesz się na chwilę od powieści, jak i już po jej przeczytaniu. Łączy w sobie spójnie różne tematy oraz okresy. Pierwszą główną bohaterką jest żyjąca w obecnych czasach Eden, która wraz z mężem Jackiem, wprowadza się do starego domu na przedmieściach. Do szczęścia brakuje im dziecka, jednak tego, jak się okazuje, nie mogą mieć. Czytelnik poznaje cierpienia kobiety, które wynikają z bezpłodności, i razem z nią, by oderwać myśli od tego dramatu, zgłębia zakamarki domu. W ten sposób odnajduje główkę porcelanowej lalki, która jest pozostałością po dawnych mieszkańcach tego miejsca.
Drugą główną postacią jest Sarah Brown – żyjąca w okresie Wojny Secesyjnej kobieta – która kontynuuje pracę swego ojca, pomagającego niewolnikom i ukaranego za to śmiercią, i tworzy obrazy-mapy, służące uciekinierom do odnalezienia bezpiecznego miejsca. Maluje również lalki, za pomocą których tajne informacje przekazywane są do walczących oddziałów. Oprócz wojennej zawieruchy Sarah zmaga się z nieszczęśliwą miłością do człowieka, który poślubił inną kobietę.
Te dwa zawiłe losy autorka, Sarah McCoy, połączyła z sukcesem dzięki pracy, którą wykonała przed napisaniem książki. Z pieczołowitością wybrała miasto, w którym osadziła losy Eden, a następnie udało jej się dotrzeć do prawdziwej postaci Johna – ojca Sarah, który pomógł wielu niewolnikom w tych trudnych i smutnych czasach w historii Stanów Zjednoczonych. Ta autentyczność postaci z przeszłości nie konkuruje jednak ze szczerością problemów fikcyjnych postaci ze współczesności. Przeciwnie, funkcjonujące w pełnej symbiozie różne historie wiąże silny charakter głównych bohaterek.
Są one takimi postaciami, z którymi współczesne kobiety albo mogą się utożsamiać, gdyż życie codzienne przynosi niemało problemów, podobnie do Eden, albo chciałyby być takie, jak Sarah – odważne i niezważające na zagrożenie, być działaczkami na rzecz jakiejś większej idei. Ten element – możliwość odniesienia fabuły do swoich losów lub chęć bycia jej częścią – był zawsze dla mnie istotny w tzw. literaturze kobiecej. Nie jest przecież tajemnicą, że po „Dzieci kartografa” sięgnie więcej kobiet niż mężczyzn.
Powieść ta nie jest jednak lekką i znikającą z myśli lekturą. Wręcz odwrotnie, choć dobrze napisana, to dotyka trudnych tematów, wywołuje u czytelnika pytania o jego własne życie, pozostaje gdzieś w pamięci i nastraja do dalszych przemyśleń. Te jej cechy powodują, że jest książką uniwersalną, po którą warto sięgnąć bez względu na płeć.
Katarzyna Kolibabska
(katarzyna.kolibabska@dlalejdis.pl)
Sarah McCoy, „Dzieci kartografa”, Warszawa, Świat Książki, 2016
Komentarze