Skupienie na sobie, egocentryzm w najczystszej postaci, brak empatii, roszczeniowość, gburowatość,… Można byłoby wymieniać w nieskończoność. Buc to skomplikowany osobnik. Co więcej, okazuje się, że ze swoją „bucowatością” nie tylko można, ale nawet trzeba walczyć.
Taką walkę z niesłabnącym zaangażowaniem toczy Romane Gardener, główna bohaterka książki „Dzień, w którym lwy zaczną jeść sałatę” autorstwa Raphaelle Giordano.
Muszę zacząć od tego, że sam pomysł na książkę bardzo mnie zainteresował. Zamiast standardowego poradnika; kolejnej pozycji, która będzie próbowała przekonywać do konieczności zmiany swojego życia, pojawia się powieść, ale z poradnikowymi elementami. Autorka bardzo sprytnie przemyciła metody walki z bucowatością; wartości, które należy odkurzyć; rady, którymi powinno się kierować (odsyłam bezpośrednio do ostatnich stron książki). Wiadomo przecież, że łatwiej jest przełknąć krytykę kierowaną pod adresem kogoś innego (choćby była to fikcyjna postać) niż samego siebie.
Niestety, mimo całej sympatii dla pomysłu, z wykonaniem moim zdaniem wyszło już nieco gorzej. Mimo krążącego tematu rozwoju osobistego, wątków psychologicznych, autorka nie wykorzystała niestety potencjału i książka w odbiorze wydaje się być po prostu płaska.
A wiedziałam, po jaką książkę sięgam. Nie szukałam sensacji, dramatu, wartkiej akcji. Jednak w książce Raphaelle Giordano bardzo dużo jest przewidywalności, a elementy poradnikowe niestety także nie ratują sytuacji.
„Dzień, w którym lwy zaczną jeść sałatę” (swoją drogą, bardzo spodobał mi się ten tytuł, z pewnością przyciąga uwagę) opowiada historię Romane Gardener (prowadzącej zajęcia dla buców i ich bliskich) i jednej z jej grup. Dzięki temu czytelnik ma okazję przejść przez cały program odnowy razem z grupą bohaterów, obserwując ich stopniową przemianę (bo chyba nikt nie poczuje się urażony, jeśli zdradzę, że przemiana się dokonuje).
Niestety, ani główna bohaterka, ani pozostałe postacie nie wypadają w tej książce zbyt wiarygodnie. Jak na powieść, która przede wszystkim skupia się na mentalnej przemianie, bohaterowie są bardzo (ale to bardzo) jednowymiarowi. Trudno im więc kibicować, a co więcej, niezwykle ciężko się z nimi utożsamiać. A szkoda. Niestety, także sam opis programu, terapii, w jakiej bohaterowie biorą udział, nie rzuca na kolana. Wydaje się ona być zbyt naiwna, banalna i oderwana od rzeczywistości (dla jasności – techniki, jakie opisuje Raphaelle Giordano są prawdziwe, jednak to jak ponoć działają na uczestników, wygląda już mocno bajkowo). Najbardziej rozczarowujące jest jednak dla mnie to, że przez całą lekturę nie opuszczało mnie przeczucie, że autorka potrafiłaby i mogła wycisnąć z tej powieści znacznie więcej, gdyby nie dodała do tego wszystkiego jeszcze wątku romantycznego. Po co? Nie mam pojęcia.
„Dzień, w którym lwy zaczną jeść sałatę” czyta się bardzo szybko. Z pewnością jest to powieść lekka, z bardzo subtelnym poczuciem humoru (o tak, trzeba się skupić, żeby wyłapać momenty na uśmiech). Trudno jest mi jednoznacznie ocenić, jaka jest rola tej książki. Jeśli taka etykietka by Wam się przydała, musicie przeczytać ją sami.
Agata Podgajska
(agata.podgajska@dlalejdis.pl)
Raphaelle Giordano „Dzień, w którym lwy zaczną jeść sałatę”, Wydawnictwo Muza SA, Warszawa 2018
Komentarze