Fabuła
Grayson powraca. Zaprawiony w bojach mężczyzna trafia do zupełnie innej rzeczywistości. Nauczony ciągłej walki, strzelania i martwienia się o zespół, musi wejść w inną rolę. Najgorsza bitwa jest tuż przed nim. Stare życie zostaje w tyle, a on udaje się do kolonii, która jest „za górami i lasami oraz dziwnymi galaktykami”. Towarzyszą mu dość dziwne osobistości. Nie ma mowy o zaufaniu i „kryciu sobie pleców”. Główny bohater, jak zawsze, musi dać z siebie wszystko. Losy ludzkości nadal są niepewne. Jeden kardynalny błąd może zaważyć nad losami całego gatunku. Obcy czają się za rogiem, aby objąć władaniem ludzką populację albo ją wybić. Niezniszczalne twory tylko czekają na okazje. Całości nie pomaga ciągle trwająca wojna domowa. Przyszłość nie jawi się w wesołych barwach. Zagłada jest tuż na wyciągnięcie ręki. Czy zmęczony życiem Grayson znajdzie nareszcie spokój? Czy ludzkość przetrwa, a obcy się poddadzą? Ile jeszcze trzeba walczyć, aby obronić swój dom?
Moim zdaniem
Nareszcie, tak nareszcie. Wielki powrót do Świata serii Frontlines. Miałam duże oczekiwania po drugim tomie. Pierwsza odsłona zawładnęła moim sercem. Odkryłam, że szczegółowe opisy wcale nie muszą być nudne i zbyteczne. W „Poborze” wszystko ma swój jasny cel. Agresywna wizja przyszłości opowiedziana surowym oraz prostym językiem. Kiedy sięgałam po „Ewakuację”, bałam się, że coś się zepsuje. Przyjdzie sławne fatum drugiego tomu, a moje rozochocone serce zostanie na dnie basenu rozpaczy. Moje obawy były zbyteczne, a czas spędzony z książką – najlepszy. Autor nie dość, że nie porzucił „militarnego” stylu pisania, to jeszcze rozwinął się i dodał parę smaczków. Wojsko nigdy nie było tak pociągające.
Konflikt z obcymi nadal trwa. Można powiedzieć, że osiąga coraz to nowe levele. Konflikt między ludźmi także się zaostrzył. Grayson marzący o swoim własnym miejscu na ziemi wraz z Halley, ponownie zaciąga się na pięć lat do służby. Nikt już tego nie robi. Po latach wojsko zmieniło się z ratunku w wielką pułapkę. Żaden człowiek jednak nie pisał, że główny bohater jest przy zdrowych zmysłach. O nie, tego to mu nikt nie zarzuci. Można to jeszcze wyraźniej odczuć w drugiej odsłonie Frontlines. Andrew nabrał jeszcze większego pazura. Mimo zmęczenia całą sytuacją i ciągłą walką, nie poddaje się, ciągle prze do przodu. Nie zmienia strony sporu, nadal jest żołnierzem Wspólnoty Północnoamerykańskiej. Do wcześniejszego wroga, czyli Związku Chińsko-Rosyjskiego, dołożono głównemu bohaterowi, obcych z końcówki „Poboru”. Dwóch wrogów, dwie sprawy, dwa warianty działania i jeden Grayson. Sytuacja na Ziemi jest coraz gorsza. Brakuje wszystkiego. Racje żywnościowe są sukcesywnie pomniejszane, ponieważ nie ma jedzenia. Do tego dochodzi coraz mniej przestrzeni do życia.
W całości książki najbardziej urzeka główny bohater. Nie jest kimś wyjątkowym. Walczy w słusznej sprawie, lecz nie z poczucia obowiązku. Po prostu nie wie co może robić innego. Mimo tak małostkowych pobudek, odbiór jego osoby jest na każdym kroku bardzo pozytywny. Nie kozaczy, ani specjalnie nie uwodzi. Żyje według ustalonego schematu. Prosty człowiek, który próbuje przeżyć kolejny dzień. To, że udaje mu się przy tym uratować innych, to jest tylko wypadek przy pracy. Bardzo lubię postać Andrew Grayson'a. Nie jest zbytnio przerysowana, ani wyróżniona. Czasem miałam wrażenie, że to zwykły człowiek, który codziennie chodzi ulicami. Wrzucono go po prostu na strony książki. Nic się nie zmieniło od pierwszej części. Grayson jest taki, jaki był. I to jest piękne.
Militarne science fiction, tak została okrzyknięta seria Frontlines i ja się z tym stwierdzeniem zgadzam. Żołnierska opowieść napisana prostym oraz zrozumiałym językiem. Nawet jak czytelnik trafia na jakieś dziwne sformułowanie, to zaraz w dalszej treści jest wszystko idealnie wyjaśnione. Podoba mi się taki zabieg stosowany przez autora. Nie zostawia człowieka z milionem myśli i przymusem szukania w Internecie o co chodzi. Fabuła rozkręca się wraz z czytaniem. Na samym początku jest spokojnie, ale gdy czytelnik zjedzie z pierwszego wzniesienia, niczym kolejką górską, już się nie zatrzymuje. Póki nie dojedzie do mety, nie ma spokoju. Analogia do wesołego miasteczka jest idealna. Tak jak w pierwszej części, autor prowadzi narrację pierwszoosobową, co pozwala na lepsze zrozumienie głównego bohatera.
Najlepsze jest to, że ciekawe opisy są często bardziej twórcze niż moja wyobraźnia. Nie zrozum mnie źle, nie ma tutaj jakiegoś poetyckiego języka. Nakreślony świat przez Marko Kloosa jest tak unikatowy, że często moja głowa tego nie ogarnia. Styl pisania autora jest spójny oraz konkretny. Ma jasno wytyczone punkty i się ich trzyma. Czytelnik nie spotka się tu z jakimś nad wyraz wielkim opisem scen. Autor skupia się bardziej na fabule oraz tym żeby mknęła do przodu bez zbędnych przeszkód. Nie czułam niedosytu po skończonej lekturze, a to chyba jest najlepsza rekomendacja. W science fiction mam często do czynienia z tym, że brakuje mi jakiegoś elementu. Coś jest nie na miejscu albo zostało po prostu wyrzucone. Tutaj tak nie było. „Ewakuacja” jest godną kontynuacja „Poboru”. Główny bohater nie powiela wcześniej utartych schematów. Jego wyzwania są nowe i świeże. Pozostawiają dreszczyk niepewności co się za chwilę stanie.
Podsumowując: warto, warto i jeszcze raz warto! Nie jestem freakiem wojskowych klimatów, ale Marko Kloos mnie urzekł swoim stylem pisania oraz pomysłem na fabułę. Jeśli ktoś sceptycznie nastawiony, jak ja, może się przekonać do gatunku, to pozostaje tylko jedno. Trzeba samem się przekonać, że seria jest warta poświęcenia czasu. Dawno nie spotkałam się z faktem, że konkretny oraz treściwy przekaz mnie tak urzekł. Najlepiej czytać w kolejności chronologicznej, ponieważ w innym wypadku można stracić na przejrzystości treści. Polecam fanom sci-fi i militariów, ale również osobom, które chcą się przekonać czy gatunek do nich przemawia. Jest to najlepszy tytuł do tego. Wartka akcja, prawdziwy bohater, ciekawa fabuła – czego chcieć więcej? Polecam!
Katarzyna Gnacikowska
(katarzyna.gnacikowska@dlalejdis.pl)
Marko Kloos, „Ewakuacja”, Lublin, Fabryka Słów Sp. z o.o., 2017
Komentarze