„Szaleństwo Elfów” to pozornie książka fantasy, jakich wiele na rynku wydawniczym. Tajemnicze postacie, elfy, wampiry, walka dobra ze złem oraz podążanie za utraconym artefaktem, który może uratować świat, znane nam są nie od dziś. Zdawać by się mogło, że taka narzucająca się banalność fabuły, zaspokajać ma potrzeby młodych czytelniczek, utożsamiających się z postacią głównej bohaterki, Mac.
Ci, którzy mieli okazję zapoznać się z poprzednimi tomami sagi Mac O’Connor, doskonale wiedzą, jak błędne jest to założenie. Karen Marie Moning, serwuje nam bowiem taką dawkę emocji, nieprzewidywalnych zdarze oraz erotycznego napięcia, że trudno jej twórczość zaszufladkować, jako fantasy dla nastolatków. Szczerze mówiąc, wolałabym, żeby jej książki zastrzeżone były dla dziewcząt, a kierowane raczej do młodych kobiet, obeznanych już ze swoją seksualną stroną. Choć trudno w powieściach Karen Moning odnaleźć sceny aktów seksualnych, które mogłyby gorszyć najmłodszych, to niemniej jednak napięcie erotyczne jak i niezwykły urok elfów, seksualnych morderców, lepiej by rozbudzał wyobraźnię i żądze starszych czytelniczek.
Tak wiele w trzecim tomie przygód Mac erotyzmu, gdyż bariera pomiędzy światem ludzkim a elfim, staje się coraz cieńsza. Nieuchronnie nadchodzące zło, wisi w powietrzu, pomimo starań widzących sidhe, Seelie oraz Mac, cierpliwie tropiącej Księgę. Mroczna Strefa zwiększa swoje terytorium, zabierając kolejne ulice wraz z ludźmi. Mac O’Connor bezustannie poszukuje sposobu, by uratować świat przed potworami, panoszącymi się coraz bardziej na ulicach Dublina. Gdy jednak w Halloween nachodzi dzień próby, ani wszechmocny V’lane, ani tym bardziej tajemniczy i nieodgadniony Barrons, nie przyjdą młodej sidhe na pomoc.
Powieści Moning charakteryzuje pewna skrajność. Infantylność głównej bohaterki, Mac, miłośniczki pięknych różowych ciuchów i pomalowanych paznokci, mogłaby być nieznośna, gdyby nie ciekawie skonstruowana fabuła. Połączenie wielu opowieści mitycznych, ukazanie elfów z zupełnie innej strony, stopniowanie napięcia, oraz dozowanie informacji, intryguje nas i zachęca do dalszej lektury. Tym właśnie pisarka pozyskała rzesze miłośników, choć radykalna przemiana Mac w waleczną i wznoszącą się ponad rozmyślania o strojach kobietę, byłaby bardzo wskazana.
Cieszyć się trzeba jednak zdecydowanie, że Karen Marie Moning w trzeciej części Kronik Mac O’Connor, nadal zaskakuje. Nadal wabi nas i pozostawia ogromny niedosyt. A to nie lada sztuka w pięciotomowej sadze.
Ewa Podleśna-Ślusarczyk
(ewa.podlesna@dlalejdis.pl)
Karen Marie Moning, „Szaleństwo Elfów”, Wydawnictwo MAG, Warszawa 2012
Komentarze