Przy „Farmie pereł” pisarka nieco odbiega od klimatu swoich poprzednich książek, mimo to najnowsze dzieło Marklund również zakwalifikowało się do gatunku sensacja, kryminał i thriller, ale czy słusznie?
„Farma pereł” opowiada historię młodej kobiety o imieniu Kiona, która wraz z rodziną mieszka na niewielkiej wyspie na Południowym Pacyfiku. Mało kto o owej wysepce słyszał, zaś dostawy nowoczesnych dóbr przestały docierać na wyspę już jakiś czas temu. Mimo że akcja rozgrywa się w latach dziewięćdziesiątych, to Kiona i inni mieszkańcy wyspy żyją tak, jakby czas się dla nich zatrzymał. Na początku powieści narracja skupia się na opisie życia miejscowej ludności, poznajemy też historię dziewczyny i jej rodziny. Kiona marzy o opuszczeniu wyspy, poznaje świat poprzez książki znanych, wybitnych autorów i jest głodna innego życia. Jednak jej los został już przesądzony – według ojca ma pozostać na wyspie i pracować na ich farmie pereł. Gdy pewnego ranka fale wyrzucają na brzeg żaglówkę z rannym Szwedem na jej pokładzie, los Kiony zostaje odmieniony na zawsze.
Prolog książki Marklund jest wyjątkowo chwytliwy. Zostałam złapana niczym przysłowiowa rybka na haczyk i nie mogłam się doczekać aż w kilka wieczorów uporam się z lekturą. „Farma Pereł” to opasłe tomiszcze, ale historia wydawała mi się tak interesująca, że absolutnie mi to nie przeszkadzało. Możecie sobie więc wyobrazić moje rozczarowanie, gdy okazało się, że książka ta z literaturą sensacyjną i kryminałem nie ma wspólnego absolutnie nic. Wraz z kolejnymi, licznymi stronami powieści poznajemy urywki z życia wyspiarzy, które szczerze mówiąc, nie są zbyt porywające. Gdy w końcu zaczęłam mieć nadzieję, że akcja ruszy z kopyta, rozczarowałam się po raz drugi. Kiona wyrusza w podróż, a jej losy są nie tylko mało prawdopodobne, ale i opisane w niebywale nudny sposób. Absurd goni absurd - młoda kobieta odnajduje się świetnie w świecie tak różnym od tego, który znała do tej pory dotychczas, że bez problemu wciąga się w finansową aferę na skalę światową.
Nie tylko sama fabuła jest tutaj problemem, „Farma pereł” jest napisana w wyjątkowo przedziwnym stylu. Jest to powieść, którą określam mianem tych męczących, takich które automatycznie kojarzą mi się z lekturami szkolnymi, gdzie niestrudzony bohater pokonywał kolejne przeszkody losu nie zmęczony nimi wcale, bowiem był tak oddany Bogu i religii, że nic nie mogło go złamać. Niestety, żadna książka nie znużyła mnie od dawna aż tak bardzo jak nowa powieść Lizy Marklund. Mogłoby się wydawać, że króciuteńkie rozdziały, które czasem nie zajmowały nawet strony, pomogą w płynnym czytaniu pięciuset stron książki, nic jednak bardziej mylnego. Forma ta wybijała mnie dodatkowo z rytmu, gubiłam wątek i ze znudzenia przeskakiwałam kolejne strony w pośpiechu, tak, by tylko dobrnąć do końca.
„Farma pereł” zdecydowanie nie powinna była zostać zaliczona do powieści kryminalnych. To zwykły obyczaj, który z rzadka zostaje przepleciony wątkami z pogranicza kryminału. To pozycja dla tych, którzy lubią długie historie, takie które można snuć godzinami. Książka ta zdecydowanie nie trzyma w napięciu, a przebrnięcie przez jej pierwsze sto stron graniczy z cudem. Polecam jedynie najbardziej wytrwałym czytelnikom.
Joanna Adamski
(joanna.adamski@dlalejdis.pl)
Liza Marklund, „Farma Pereł”, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa, 2020
Komentarze