„Na kolejnych stronach pojawią się więc rozmaici wybitni ludzie, by towarzyszyć ci w codziennych zajęciach (…) Kiedy będziesz w pracy, Karol Marks wyszepcze ci do ucha, jak przestać być niewolnikiem pieniędzy. Poznasz również Machiavellego, który objaśni, jak zorganizować udane przyjęcie; Carl Schmitt objawi ci dlaczego kłótnie z partnerem mogą być czymś dobrym, a budda podpowie jak nie zasnąć w wannie” – tak we wstępie zapowiada swoją książkę Robert Rowland Smith, który na kartach „Śniadania z Sokratesem” podjął się przedstawienia filozofii w przystępny sposób.
Nie bez powodu zwykliśmy mawiać „to nie filozofia” zrobić to czy tamto, mając na myśli fakt, że dane zadanie nie jest intelektualnym wyzwaniem. Tymczasem Robert Rowland Smith postanowił udowodnić czytelnikowi, że w gruncie rzeczy niemal każdy aspekt naszego dnia, od momentu przebudzenia, przez drogę do pracy, zakupy, wizytę na siłowni i oglądanie telewizji aż po sen ma głębokie egzystencjalne znaczenie. Przy okazji chciał też pokazać nam, że filozofia wcale nie musi być czymś trudnym i nudnym. I chociaż pomysł jest całkiem niezły, niestety, w mojej opinii został zrealizowany z marnym skutkiem.
Po pierwsze, czytelnik przygotowany na lekką strawę dostaje tu bigos, w którym wymieszano wszystko co tylko się dało, nie bacząc na konsekwencję w chronologii i luźno przeskakując od filozofa do filozofa. I tak myśliciele z różnych miejsc, okresów i dziedzin mieszają się tu w zależności od woli autora, który, niestety, nie para się poświęceniem choćby chwili na wyjaśnienie, że żaden z nich nie funkcjonował w próżni (przecież jedni myśliciele zawsze czerpali od drugich), a ich idee gromadziły się w naszej kulturze niczym, nawiązując do kulinarnego tytułu, kolejne warstwy tortu.
Po drugie, jak na książkę, która w założeniu ma być przystępna dla laików, „Śniadanie z Sokratesem” może okazać się lekko niestrawne. Ja śniadanie z Sokratesem wyobrażałam sobie jako spokojny posiłek, a tymczasem dostałam szwedzki stół, z którego trzeba nabrać na talerz jak najwięcej w najkrótszym czasie, bo autor żadnej z przytaczanych myśli nie daje nam spokojnie przetrawić. Prościej nie oznacza wcale krócej, a w przypadku „Śniadania z Sokratesem” ceną za niewielką objętość jest bardzo pobieżne omówienie wszystkich poruszanych problemów.
Po trzecie, gdyby nie fakt, że z większością idei serwowanych na tym śniadaniu, miałam już styczność, nie jestem pewna, czy byłabym je w stanie zrozumieć, a co gorsza spamiętać, żeby później móc brylować w towarzystwie.
I tak, w mojej opinii, „Śniadanie z Sokratesem” nie jest ani kompetentnym przewodnikiem po świecie filozofii, ani dobrym życiowym poradnikiem. Bynajmniej nie jestem przeciwniczką popularyzowania filozofii i nie uważam, że powinna być elitarną dziedziną dostępną jedynie wybranym, ale w takiej formie jej przybliżenie mija się z celem.
Aby wyjaśnić tak trudne zagadnienia i logiczne łamigłówki, książka powinna być skonstruowana w sposób zrozumiały i ciekawy. Mnie, zanim jeszcze trafiłam na studia, w meandry filozofii wprowadził Jostein Gaarder swoim „Światem Zofii”, a lektura „Śniadania z Sokratesem” potwierdziła, że naprawdę świetnie mu się to udało.
Jeśli jednak chcielibyśmy błysnąć w towarzystwie znajomością filozofii lub po prostu interesuje nas to, co wybitni myśliciele mieli do powiedzenia, zamiast po „Śniadanie z Sokratesem” lepiej sięgnąć do źródeł czyli prac samych filozofów lub po „Historię filozofii” Władysława Tatarkiewicza. Choć to zdecydowanie grubsza lektura, to, bez wątpienia, jest bardziej rzetelna i wcale nie mniej ciekawa.
Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)
Robert Rowland Smith, „Śniadanie z Sokratesem”, Carta Blanca 2012
Komentarze