„Gdy leżę, konając” – recenzja

Recenzja książki „Gdy leżę, konając”.
Dramaty psychologiczne sześciu osób rozgrywające się w cieniu dramatu rodzinnego popychającego fabułę.

Do maja 2024 roku imię i nazwisko William Faulkner kojarzyły mi się z gdzieś kiedyś na studiach. Nie umiałam przypisać ich do niczego konkretnego, rozmyły mi się w imionach i nazwiskach innych osób, o których bądź o których twórczości uczyłam się dziesięć lat temu lub nawet wcześniej. Jednak od maja będą mi przypominały jedną z najlepszych książek, jakie przeczytałam i jeszcze przeczytam w całym 2024 roku. Będą mi również przypominały, jak dużo pozycji tego autora mam jeszcze przed sobą – przeczytanie co najmniej części zdecydowanie znalazło się na liście moich planów na resztę życia.

„Gdy leżę, konając” nie jest pierwszym wydaniem powieści „As I Lay Dying” Faulknera, jak wyjaśniono w posłowiu. Oczywiście fani pisarza mogli o tym wiedzieć i czytać „Kiedy umieram” z 1968 lub 1994 roku w tłumaczeniu Ewy Życieńskiej. Ja nie miałam pojęcia, co w świetle poprzedniego akapitu nie powinno nikogo dziwić. Co jednak ważne, z faktu, iż nie znałam poprzedniego tłumaczenia, jestem bardzo zadowolona. Po zamknięciu fizycznego egzemplarza „Gdy leżę, konając” przeczytałam parę stron poprzednika w formacie PDF. Wydał mi się nieznośny. Nie tylko boleśnie zwyczajny, ale także irytujący z uwagi na tłumaczenie niektórych słów, chociażby imienia Jewel, które w najnowszym tłumaczeniu Jacka Dehnela pozostało w oryginale.

W przeciwieństwie do tłumaczenia „Gdy umieram” Życieńskiej wersja Dehnela „Gdy leżę, konając” jest wieloma rzeczami, ale na pewno nie zwyczajnością. Jest poezją i prozą w jednym. Jest powieścią, w której każdy bohater ma inny charakter i w związku z tym zupełnie inny sposób mówienia, a nawet myślenia. Jest trudnym w odbiorze, wymagającym skupienia i zaangażowania kawałem tekstu, z jakim często miałam do czynienia na studiach. Niektóre zdania zostały tak skonstruowane, iż czytałam je kilkakrotnie, a i tak nie zawsze dochodziłam do wniosku, że językowo rozumiem wszystko.

I tu docieramy do pewnego ciekawego moim zdaniem zjawiska: choć nie wszystko da się rozumieć w przekładzie „Gdy leżę, konając” na warstwie słownej, absolutnie wszystko rozumie się… hmm… emocjonalnie? Odniosłam wrażenie, że tę powieść czyta się bardziej „sercem” niż zasadami językowymi wyniesionymi dawno temu ze szkoły. To z kolei sprawia, że czuje się to samo co bohaterowie, jest się jednym z nich i przeżywa się ich dramaty tak samo, jakby dotyczyły czytelnika. Przynajmniej ja tego doświadczyłam.

Kolejna istotna kwestia dotycząca „Gdy leżę, konając” Faulknera – tym razem powieści, nie zaś tłumaczenia – to fakt, iż przedstawione w książce wydarzenia nie są takie, do jakich przyzwyczaił się czytelnik. Rzadko trafia się na coś miłego i komfortowego, o ile w ogóle. Często za to czytelnika spotyka złość, rozdrażnienie, rozczarowanie, niedowierzanie, niemoc. Dokładnie te same uczucia i emocje, z którymi mierzą się bohaterowie. Fabuła nie prowadzi ku happy endowi, po którym wszyscy – łącznie z czytelnikiem – odetchną i rozstaną się w radości i spokoju. Książka denerwuje od jednego z początkowych rozdziałów aż do ostatniego zdania, które wręcz dobija.

Jeśli chodzi o fabułę, dla mnie jest równie doskonała co fakt, że powieść drażni i pozostawia czytelnika niepocieszonym. Przedstawia dramat rodziny, która musi pochować dopiero co zmarłą matkę w miejscu, w którym nieboszczka chciała zostać pochowana. Ale to tylko główna oś, bo dodatkowo każdy bohater przeżywa swoje dramaty: na warstwie psychologicznej i realnej, a także jednocześnie prywatne i rodzinne. Dysonans pomiędzy szczytnym celem wyprawy a pomniejszymi celami osobistymi bohaterów jest jednym z najważniejszych elementów powieści. Ponadto bardzo ważne są relacje rodzinne oraz uczucia względem zmarłej – każdy bohater żywi nieco inne, podobnie jak różne uczucia względem nich miała kobieta (jej rys psychologiczny poznajemy w retrospektywnym rozdziale; skąinad ona i Jewel zdecydowanie byli moimi ulubieńcami).

„Gdy leżę, konając” Faulknera, zwłaszcza w tłumaczeniu Dehnela, to dla mnie arcydzieło. Po prostu. Jeśli tylko jesteście gotowi na zmierzenie się z trudnym w odbiorze tekstem wymagającym niekiedy kilkukrotnego przeczytania, ogromnie polecam wam tę książkę. Jak wspomniałam na początku, chociaż jest maj, już wiem, że zajmuje miejsce w czołówce wszystkiego, co przeczytałam i przeczytam przez cały 2024 rok.

Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)

William Faulkner, „Gdy leżę, konając”, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków, 2024.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat