I właśnie dlatego diabeł Azazel, który po nieudanej próbie objęcia stanowiska szatana postanowił zostać archaniołem, potrzebuje Wiktorii. Bo przecież stare porzekadło nie od parady głosi, że gdzie diabeł nie może, tam wiadomo kogo pośle.
W ten sposób Wiktoria Biankowska, była diablica z iskrą bożą, zamiast wieść wesołe studenckie życie u boku swojego ukochanego Piotrka powraca w zaświaty. Oczywiście nie bez drobnej pomocy znanych nam już z pierwszej części cyklu – „Ja, diablica” diabłów Beletha i Azazela. Tym razem jednak nie muszą jej tak, jak poprzednio zabijać – wystarczy, że częstują ją jabłkiem, dzięki któremu odzyskuje pamięć o ich wspólnych przygodach i spektakularnym zniszczeniu świata, do którego one doprowadziły. Traf chciał, że znana z dobrego serca dziewczyna podzieliła się magicznym jabłkiem ze swoim chłopakiem – Piotrem, a tym samym po raz kolejny wplątała go w diabelskie sprawki.
Każdy oczywiście upatruje w powrocie Wiktorii swój interes – Beleth chciałby zdobyć jej serce i ciało, Azazel, jak nie trudno się domyślić, chce wykorzystać jej moc, Lucyfer widzi w Wiktorii szansę na zażegnanie pewnego kłopotu, a nawet archanioł Gabriel snuje wobec niej ambitne plany. Tym razem zamiast do piekła cała czwórka bohaterów trafia do nieba, gdzie pojawia się niespodziewana konkurencja dla marzącego o władzy nad światem Azazela…
Fabuły nie wypada mi zdradzać, ale jedno mogę powiedzieć – będzie co najmniej tak wesoło, jak w „Ja, diablica”. Książka zresztą zaczyna się świetnym nawiązaniem do pierwszego tomu i koszmarnej biurokracji, która, jak się okaże nie ominęła nawet nieba. Nie zabraknie także przyjaciół, których Wiktoria zdobyła będąc jeszcze diablicą – Śmierci, Kleopatry i uroczego Belfegora, na wspomnienie, których trudno się nie uśmiechnąć.
Poza głównym wątkiem, czyli ratowaniem świata i ludzi przed opętanymi rządzą władzy szaleńcami w przygodach anielicy. nie zabraknie mojego ulubionego motywu czyli potyczek zalecającego się do Wiktorii diabła Beletha z jej chłopakiem Piotrkiem. Mam tylko nadzieję, że w ostatnim tomie „Ja, potępiona”, autorka nie zaserwuje nam happy endu w stylu romantycznej komedii, bo byłabym co najmniej rozczarowana.
Przyznam szczerze, że wolę fantastykę w trochę innym i zdecydowanie mniej niewinnym wydaniu, ale chyba tym samym Katarzynie Miszczuk należy się większe uznanie, za to, że udało jej się mnie oczarować. Nawet jeśli są odrobinę infantylne, jej książki świetnie się czyta. Są lekkie, błyskotliwe i zabawne. I dlatego z zupełnie czystym sumieniem, co w tym przypadku jest wielce istotne, polecam.
Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)
Katarzyna Berenika Miszczuk, „Ja, anielica”, W.A.B. 2011
Komentarze