Większość z nas nie potrafi dzisiaj wyobrazić sobie życia bez telefonu, tabletu i stałego dostępu do Internetu. Urządzenia wykonują za nas coraz więcej czynności – zapamiętują numery telefonu bliskich, przypominają o ich urodzinach i ważnych wydarzeniach. Potrzeba pozostawania w stałym kontakcie z innymi użytkownikami Internetu i bezpośredniego dostępu do informacji staje się dla nas coraz istotniejsza, przybierając niejednokrotnie rozmiary uzależnienia. „Giełda słów”, debiutancka powieść Aleny Graedon, pokazuje, do czego w niedługim czasie może nas to doprowadzić.
Historia opowiedziana w książce rozgrywa się w nieodległej przyszłości w Stanach Zjednoczonych. Papierowe dokumenty i książki praktycznie już nie istnieją, a wszystkie informacje przechowywane są w formie elektronicznej. Większość ludzi posługuje się na co dzień meme – elektronicznym urządzeniem, które niezwykle ułatwia codzienne funkcjonowanie. Meme nie tylko spełnia funkcje telefonu komórkowego, ale też odczytuje myśli i emocje użytkownika - samodzielnie wzywa taksówkę, gdy ten potrzebuje transportu albo ustala diagnozę, gdy jest chory. Wyszukuje też w Internecie niezbędne informacje, które są mu aktualnie potrzebne, na przykład w trakcie rozmowy, oraz ustala znaczenie niezrozumianych przez niego słów. I właśnie ta ostatnia funkcja staje się z czasem coraz bardziej niebezpieczna. Ludzie, przyzwyczajeni do tego, że nie muszą zaprzątać sobie głowy znaczeniami słów – które przecież w każdej chwili mogą zostać podpowiedziane przez meme – z czasem zaczynają zapominać definicje coraz prostszych pojęć, a ich język ubożeje w ogromnym tempie.
Jednym z ostatnich pisanych dokumentów jest Wielki Słownik Języka Angielskiego Ameryki Północnej. Jednak na kilka dni przed planowaną premierą trzeciego wydania znika w tajemniczych okolicznościach jego redaktor, Douglas Johnson. W tym samym czasie definicje podpowiadane przez meme (a pobierane przez nie z tytułowej Giełdy słów) zaczynają wprowadzać ludzi w błąd, a dodatkowo wśród użytkowników meme zaczyna rozpowszechniać się wirus tzw. „grypy słownej”, przez co komunikacja między ludźmi staje się coraz bardziej utrudniona, a z czasem wręcz niemożliwa. Córka Douglasa, Anana, wyrusza więc na poszukiwania ojca, po drodze dowiadując się coraz więcej na temat działań wielkiej korporacji, która postanowiła wykorzystać uzależnienie użytkowników meme i wprowadziła do sieci niezwykle groźnego wirusa, aby czerpać większe zyski z opłat, uiszczanych za pobieranie definicji z Giełdy słów.
Powieść Aleny Graedon ukazuje nieco fantastyczną przyszłość, ale zwraca uwagę na poważny i całkiem realny problem – coraz większe uzależnienie człowieka od dostępu do Internetu i szerokiego zasobu wiedzy „na zawołanie”. Pokazuje, do czego może doprowadzić dalsze przejmowanie przez urządzenia coraz bardziej podstawowych funkcji ludzkiego umysłu i jakie zagrożenia może za sobą nieść.
Fabuła powieści jest oryginalna i niezwykle wciągająca. I choć pojawiający się w niej wątek romantyczny jest w moim odczuciu trochę zbyt banalny, cała reszta naprawdę robi wrażenie. W dodatku książka – jak przystało na jej tematykę – napisana jest bardzo dobrze, ciekawym, momentami trudnym językiem (zdarza się, że zmusza wręcz do sięgnięcia do słownika). Całość sprawia, że lektura łączy w sobie dużą przyjemność czytania z odrobiną intelektualnego wysiłku, którego w wielu innych książkach niestety brakuje.
Katarzyna Czupajło
(katarzyna.czupajlo@dlalejdis.pl)
Alena Graedon, „Giełda słów”, Wydawnictwo Albatros, 2015
Komentarze