Ginący świat





Drugi tom opowieści rozpoczyna się wielkim triumfem: Brytania dzięki Arturowi przeżywa okres spokoju. Pokonanie wrogów i zawiązanie nowych sojuszy-dzięki tym dwóm czynnikom dzielni woje mogą odłożyć na chwilę miecze i zająć się ukochanymi żonami, domem, spokojnym gospodarowaniem na ziemiach, które przestały być nękane przez Saksonów. To lata chwały Camelotu i jego rycerzy.

Jednak rosnący w silę chrześcijanie, spiski wewnątrz królestwa, paskudny charakter dorastającego króla Mordreda, problemy na granicach- to wszystko sprawia, że przed Arturem i jego sprzymierzeńcami stają wkrótce nowe wyzwania.

Po raz drugi naszym przewodnikiem po mrocznym świecie zanikającej magii i panoszącego się wszędzie chrześcijaństwa, jest  Defrel: niegdyś niewolnik saksoński, obecnie jeden z potężniejszych wojowników Artura. Bohater ten jest wspaniałym demistyfikatorem, pokazując wszystkie fałszywe nuty, wszelkie przekłamania w naszej recepcji legendy arturiańskiej. Wiemy, rzecz jasna, że ten zabieg służy Cornwellowi do opowiedzenia na swój sposób całej historii, ale dajemy się też ponieść jego sugestywnej opowieści, która z łatwością spycha na drugi plan wszelkie inne wersje.

Demitologizacja postaci Artura to jedno, brytyjski pisarz rozprawia się także srogo z postacią Lancelota, który w drugim tomie wysuwa się niejako na pierwszy plan poprzez swoje niecne knowania. Ginewra nadal jest tą silną i niezależną kobietą, jaką była w pierwszej części, nie zmienia jej ani macierzyństwo ani coraz większa władza jej męża, beznadziejnie w niej zakochanego.

Cornwell po raz kolejny pokazał, że potrafi tworzyć zajmujące opowieści, balansujące na granicy fantastyki. Merlin i jego poplecznicy nadal sprawiają wrażenie zwykłych szarlatanów, mamiących ludzi dziwnymi słowami i kuglarskimi sztuczkami, ale Cornwell nie dookreśla do końca, czy magia starego człowieka jest tak naprawdę tylko tanimi sztuczkami. Merlin ma w powieści kilka scen, które każą nam się zastanowić nad jego statusem. Dookreśleni są za to chrześcijanie, coraz potężniejsi i coraz bardziej fanatyczni, stanowiący katalizator większości nieszczęść, z jakimi borykać się muszą rycerze Artura. Dawni bogowie, spychani na dalszy plan nie chcą odejść, nowy bóg ma radykalnych wyznawców, którzy nie cofną się przed niczym. Z tego nie może wyniknąć nic dobrego.

I nie wynika. W miarę rozwoju powieści, cała historia wpada w coraz bardziej mroczny nastrój. Kolejne bitwy staczane są ze świadomością że za rogiem czyhają następne, że walka nie ma końca. O ile poprzedni tom kończył się optymistycznie, o tyle „Nieprzyjaciel Boga” niesie ze sobą ponurą wizję kończącego się świata.

Ponurą, ale jakże wciągającą: barwne dialogi, realistycznie odmalowany świat, skomplikowani bohaterowie, których losami przejmujemy się od samego początku, wielowymiarowe intrygi, wielowątkowa akcja. Cornwell jawi się nam, jako świadomy swej sztuki bajarz, zabierający swoich czytelników w długą i arcyciekawą podróż.

Małgorzata Tomaszek
(malgorzata.tomaszek@dlalejdis.pl)

Bernard Cornwell, “Nieprzyjaciel Boga”, Wydawnictwo Erica 2010


Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat