„Gorzki smak czekolady Lucullus” – recenzja

Recenzja książki „Gorzki smak czekolady Lucullus”.
„Gorzki smak czekolady Lucullus” okazał się nie aż tak gorzki.

Raczej pełen świadomego uśmiechu triumfu jej narratora, który zdradzać może wiedzę, obycie oraz niewątpliwą świadomość pisarską, aniżeli tylko wyrafinowany dowcip.

Zbiór opowiadań Leopolda Tyrmanda został wydany po raz pierwszy w 1957 roku przez wydawnictwo Czytelnik. To jedna z nielicznych książek, którą udało się autorowi wydać jeszcze w Polsce. Historie dotykają tematu emigracji, życia podczas wojny, konsekwencji podejmowanych wyborów, ale również na pozór prozaicznej materii sportu.

Wszystkie te tematy były bliskie autorowi; dla większości historii inspiracją było życie pisarza. Zebrane opowiadania to po prostu kalka, poprzez którą można odczytać życiorys tego twórcy.

Jednak przedstawienie kontekstu łączącego rzeczywistość literacką z życiem Leopolda Tyrmanda nie następuje w sposób oczywisty. Dzieje się tak, gdyż pryzmat postrzegania opisywanych historii, który równocześnie staje się w pewien sposób przekładnią umożliwiającą odczytanie nawiązań do wydarzeń z życia autora, jest osnuty mgłą różnobarwności i zabawną, biegle lawirującą w tekście ironią.

Opowiadania Leopolda Tyrmanda posiadają swoją własną tajemnicę Poliszynela. Pomimo iż czytelnik jest świadomy mocnego związku pomiędzy napisanym tekstem a życiem twórcy - jak również jego osobistymi przeżyciami, nadal w odczuciu odbiorcy pozostaje on dobrze skrojoną, trochę nierealną fabułą. Cały czas zamieszkującą fikcyjny świat historii opisanych przez warszawskiego pisarza.

W opowiadaniach tego autora urzeka prosta historia, a właściwie jej kontury, które stanowią o ascetyczności i braku rozbuchania w formie. Wypełnienie zarysowanego kształtu to już zupełnie inna kwestia. Miąższ opisywanych perypetii jest soczysty i frapujący. Fabuła historii niesie ze sobą bardziej koleje losu, bądź życiowe prawdy, niż niesamowite zwroty akcji. I chociaż pointy nie wywołują zaskoczenia, to na pewno są trafione w punkt. Ta naturalność bohaterów urzeka, a przede wszystkim urzekają ich losy. Zdecydowanie determinantem tego jest zawarta w nich autentyczność i szarość życia, osnuta czymś, co u Leopolda Tyrmanda pozostaje nieuchwytne.

To co zadziwia w języku autora to zderzenie opisów z rzeczywistością aktualnej historii. Piękne epitety i metafory czy zdrobnienia w najmniej oczekiwanym momencie (np. opowiadanie o tematyce wojennej). Na początku zadziwiają i deprymują, jednak stopniowo odbiorca nasiąka tym językiem, i coraz sprawniej przemierza kolejne strony książki.

Ten zbiór opowiadań  to również elementy zaczerpnięte z Warszawy - jej gwara, topografia. Miejsce, które było bardzo bliskie autorowi, jest uwiecznione w jego pisarstwie bezsprzecznie.

Leopold Tyrmand wprowadza również narratora będącego tu i teraz, jednak mającego świadomość przyszłości i konsekwencji podejmowanych przez siebie, a także bohaterów, decyzji. To taktyk, zdecydowanie idący parę kroków w przód, bez zbytecznego patosu czy blichtru, przekutego w pseudo chwałę ze swoich umiejętności. Nie jest to skromność fałszywa lub też bardzo bliska naturze człowieka, w sposób pierwotny, świadomy czy po prostu nadany. Jest to właśnie owa świadomość pisarska i ważkość przelania kłębiących się w głowie myśli na papier. Właśnie to jest siłą tkwiącą w pisarstwie Leopolda Tyrmanda konkretna forma i znajome, choć nietuzinkowe jej wypełnienie.

Owszem, w niektórych momentach czytelnik przysypia. Akcja się rozleniwia, a fragmenty fabuły rozciągają. Aczkolwiek, dość sprawnie odbiorca powraca do sedna historii, ponownie zafrapowany jej treścią.

Długo się zastanawiałam jak określić pisarstwo Leopolda Tyrmanda. I wiem jedno. Nawet gdybym zastanawiała się nadal, wciąż nie wiedziałabym jakich słów użyć, aby to opisać.

Ciężko bowiem określić to, co przenika  pomiędzy słowami, w zapisanych przez Leopolda Tyrmanda stronach.

O ile nad kunsztem jego stylu można długo rozmawiać, o tyle o nieuchwytnym jego elemencie, który tam zamieszkuje nie. Jeżeli odbiorca styka się z dziełem, to widzi i wprost czuje - albo iskra  jest, albo jej nie ma. Gdy artysta miał tę iskrę w oku, można ją zauważyć w jego dziele nawet po latach. Taką samą i wciąż żywą. Gdy autentyczna – nigdy nie gaśnie. Może się tlić, ale nic i nikt nie zdoła jej zgasić.

Czytelniku, gdy otworzysz książkę, której autorem jest Leopold Tyrmand i przeczytasz pierwsze zdanie - już wiesz… Poprzez zapisane słowa patrzysz w oczy, w których jest ta niegasnąca iskra właśnie.

Katarzyna Prędotka
(katarzyna.predotka@dlalejdis.pl)

Leopold Tyrmand, „Gorzki smak czekolady Lucullus”, MG 2015



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat