Gotowy zbiór piosenek disco polo

Recenzja książki „My Inspiration”.
Gdyby któraś z „wielkich gwiazd” muzyki disco polo z lat 90. planowała powrót na scenę, to teksty nowych hitów może spokojnie czerpać z tomiku „poezji” Andrzeja Matejewskiego „My Inspiration”.

Każdy wiersz znajdujący się w zbiorze ma dwie wersje językowe – polską i angielską. Ze względu na brak informacji o tłumaczu można wnioskować, że to sam autor stworzył każdy utwór w dwóch wersjach. Jako pierwszą, w tomiku umieszczono wersję angielską. To w sumie sprytny zabieg, bo w języku angielskim np. taki wierszyk „The Memories of A.” mógłby spokojnie znaleźć się w repertuarze Backstreet Boys jako tekst łzawej piosenki, w której zasłuchiwałyby się nastolatki. Niestety, polska wersja tego samego utworu kojarzy mi się jedynie z panem Zenonem Martyniukiem, który w latach 90. śpiewał o „Dziewczynie z klubu disco”.

„Nie ma drugiej takiej dziewczyny jak ona,
Jest idealna, cudna a nawet więcej,
Poznałem ją przypadkiem, całkiem nie tak dawno,
W tym dniu, gdy coś złapało mnie za serce.”

Powyższa strofa niewiele przecież różni się od słynnej zwrotki:

„W dyskotece zobaczyłem ją:
Kocie oczy, włosy jasno-blond.
Piła drinki, whisky, potem dżin,
wiedziałem - tylko ona albo nikt.”

Choć może pan Zenon miał lepsze wyczucie rytmu i rymu. I przynajmniej nie silił się na stworzenie czegoś, co pretenduje do poezji, ale w rzeczywistości mogłoby uchodzić co najwyżej za niezły wiersz piątoklasisty. Absolutnie, nie jestem przeciwniczką wiersza rymowanego ani nie oburzam się na prostotę środków artystycznego wyrazu, ale fakt wydania tomiku „poezji” tego pokroju uważam za pomyłkę.

Zbiór „My Inspiration” miał stawiać pytania o kobietę. Przedstawicielka płci pięknej jako motyw kompozycyjny i klucz do interpretacji powinna rzekomo zachwycać, zauroczyć, dawać nadzieję. Jednak w tych banalnych rymowankach nie ma głębszego sensu! Oklepane, wtórne epitety, płytkie metafory, żałosne moralizatorstwo i próba stworzenia czegoś na kształt prozy rymowanej – każdy zabieg razi, a wręcz odpycha.

Najważniejszą bohaterką wierszy jest Marlena – ukochana „poety”, dla której dedykacja widnieje na początku tomiku i której imię kilkakrotnie pojawia się w utworach. Mam nadzieję, że Andrzej Matejewski zdobył jej serce w inny sposób niż przez swoje wiersze. Choć w sumie chyba każda dziewczyna marzyła kiedyś o wrażliwym romantyku, który będzie wygrywał serenady pod oknem i pisał miłosne wyznania. Jednak do Adama Asnyka, Bolesława Leśmiana czy Edwarda Stachury Matejewski nawet się nie umywa. Więc mężczyzno, jeśli będziesz chciał wzruszyć ukochaną recytacją poezji, wybierz któregoś z mistrzów słowa, ale nie zasypuj dziewczyny tandetę i banałem z „My Inspiration”. No chyba, że wybierzesz wersję angielską, jednak pod warunkiem, że Twoja ukochana nie zna tego języka.

Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)

Andrzej Matejewski, „My Inspiration”, Warszawska Firma Wydawnicza, Warszawa 2012



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat