Val McDermid, autorka książki, widać, że lubi kryminały i że potrafi je tworzyć. Być może sama po lekturze tysiąca innych, w których zapewne zaczytywała się od małego, potrafi uniknąć podstawowych błędów i jej „Gorączkę kości” po prostu chce się czytać, bo jest interesująca. Z pewnością książka ta jest gratką dla koneserów zagadek detektywistycznych, interesujących się współczesnymi metodami ich rozwiązywania. Współpraca policji z geekami, czyli specami znającymi się na komputerach w sposób nieprawdopodobny dla przeciętnego użytkownika, a także profilerami, psychologami, umiejącymi na tyle wejść w umysł przestępcy, że potrafią sporządzić jego portret psychologiczny, jest dziś na porządku dziennym. Val McDermid nie zapomina też jednak o pracy zwykłych „krawężników”, których sumienność również może stać się przyczynkiem do rozwiązania nawet najbardziej skomplikowanych spraw. Niemniej jednak przy morderstwach, kiedy giną niewinni ludzie, a ich ilość zakrawa na serię, współpraca z każdym, kto może pomóc w jakikolwiek sposób, jest istotna dla śledztwa i trzeba z niej korzystać.
Tak też i pracowano w „Gorączce kości” nad sprawą morderstw, które choć zdarzyły się w różnych miejscowościach i początkowo nie były ze sobą powiązane, szybko okazały się dziełem jednego zabójcy. Do akcji wkracza oddział do zadań specjalnych, w tym Stacey, potrafiąca zdziałać z komputerem i siecią cuda, a także Tony Hill, profiler. Zbrodnie, które okazują się być serią, łączy wiele wspólnych cech, a pytanie, kim jest morderca, nadal pozostaje bez odpowiedzi. Nieodzowna jest współpraca wielu osób, by przekonać się naprawdę, kto zabija nastolatków.
Tu właśnie wkraczają niezwykle skomplikowane metody odnajdywania przestępców, które autorka książki stara się nam w możliwie najprostszy sposób przybliżyć. Z pewnością poszerza to nasze horyzonty i motywuje naszą wyobraźnię. To, co również wyróżnia Val McDermid, to ciekawie zarysowane postaci, które stają się dla nas namacalne i znajome. Pisarka nie tworzy superbohaterów, odpornych na strzały, ludzką głupotę i słabości. To prawdziwi ludzie, z problemami i wątpliwościami, jak każdy przeciętny obywatel, tyle, że dla nich całym światem jest praca w policji i pomaganie potrzebującym. To ich misja.
Jedyne, co mnie nie przekonuje, to nadmierna chęć autorki do zaznajamiania nas z poszczególnymi gwarami, rzekomo charakterystycznymi dla danych grup. I tak, zdecydowanie rzucające się w oczy są wypowiedzi nastolatków, którzy mówiąc przedziwnym sloganem, nie potrafią w sposób rzeczowy i normalny porozmawiać z osobami dorosłymi. Niekonieczne jest także trochę na siłę, dopisywanie tragicznej przeszłości Tony`ego, bo ta część historii nijak ma się do całości kryminału, roztkliwia ją i trochę rozmienia na drobne.
Dobrze, że można jeszcze odnaleźć na rynku wydawniczym prawdziwe powieści kryminalne, które potrafią zaskoczyć i nie zanudzą czytelnika. „Gorączkę kości” polecam tym wszystkim, którzy uwielbiają miksturę złożoną z elementów kryminału, powieści obyczajowej z lekko zarysowaną nutką miłosną, a przede wszystkim z dużą ilością nowinek z dziedziny technik kryminalistycznych, które udowadniają, że czasem wszystko jest możliwe, a mordercom coraz trudniej uniknąć kary.
Ewa Podleśna-Ślusarczyk
(ewa.podlesna@dlalejdis.pl)
Val McDermid, „Gorączka kości” , Prószyński i S-ka, Warszawa 2010
Komentarze