Głównym bohaterem „Daru wilka” jest niejaki Reuben Golding, początkujący dziennikarz, który w trakcie pracy nad materiałem staje się świadkiem brutalnego morderstwa. Dzięki interwencji tajemniczego wybawcy cudem udaje mu się uniknąć śmierci, ale cała sprawa nabiera jeszcze bardziej niezwykłego charakteru, kiedy chłopak zaczyna zdrowieć w niezwykłym tempie. Jak nietrudno się domyślić, stało się to za sprawą wilkołaka, który przypadkowo ugryzł chłopaka w trakcie walki z mordercami. O tego momentu życie Reubena ulega całkowitej przemianie, łącznie z ciałem, które po zmroku przybiera kilkokształtny kształt, a nowe instynkty pchają bohatera do walki ze złem. Staje się on więc kimś w rodzaju super bohatera, który pod osłoną nocy walczy ze zbrodniarzami grasującymi w San Francisco. Brzmi to całkiem nieźle, prawda? Cóż, dobre złego początki, bo niestety z każdą kolejną stroną „Daru wilka” byłam coraz bardziej zniechęcona do dalszej lektury.
Moja niechęć zaczęła się właściwie od postaci głównego bohatera – bowiem Reuben to niemal chodzący ideał. Jest wyjątkowo przystojny, dobrze wychowany, pochodzi z bogatej mieszczańskiej rodziny, a na jego niekorzyść nie przemawia nawet fakt, że dostał pracę dzięki znajomościom rodziców, bo przecież również w dziedzinie pisarstwa wykazuje się niepowszednim talentem. Nie powinno nas też dziwić, że chłopak jeździ porsche, a kobiety nie mają żadnych oporów przed wpuszczeniem go do swoich łóżek zarówno pod postacią człowieka, jak i wilka.
Ale na tym nie kończą się powody, dla których główny bohater „Daru wilka” niezmiernie mierził mnie aż do ostatniej strony książki. Anne Rice wyposażyła go bowiem w bardzo filozoficzną duszę, która sprawia, że Reuben co krok zastanawia się nad tym, kto go stworzył. Bóg? A jeśli nie, to kto? Do pełni patosu brakuje tu tylko sceny, w której chwyta czaszkę i wznosi ją do góry z szekspirowskim pytaniem „być albo nie być”.
Bez wątpienia wpływ na dylematy Reubena miała biografia samej autorki, która przeszła drogę od ateizmu do nawrócenia, a ostatecznie odcięła się od instytucji kościoła nie porzucając jednak wiary w Boga. Bynajmniej nie mam żadnych zastrzeżeń co do poglądów Anne Rice, ale niestety nie potrafi ich ona umiejętnie wpleść w swoją powieść, przez co cała akcja książki rozmywa się w nudnych dywagacjach Reubena.
Być może właśnie ów egzystencjalny aspekt bycia wilkołakiem sprawił, że książka nie ma solidnej osi fabularnej. Gdybym miała, odpowiedzieć na pytanie, co jest głównym wątkiem „Daru wilka” postawiłabym właśnie na przemianę Reubena i proces uczenia się przez niego nowego życia. Pojawiają się tu co prawda zwyrodniali mordercy, zawzięci przeciwnicy wilkołaków i zagadka pochodzenia ludzi-wilków, ale kiedy doszłam do finału owych wątków, nie czekało na mnie nic poza rozczarowaniem faktem, że okazały się tak banalne.
Jeśli chodzi o rzekomą „gotyckość”, to jedynym jej aspektem w książce zdaje się być odziedziczony przez Reubena dom i padający ciągle deszcz. Jednak we mnie ani „mroczna” pogoda, ani owa posiadłość nie wzbudziły dreszczy, a raczej zdziwienie tym, jak Amerykanom gotyckość mocno kojarzy się z Europą.
Piszę to z przykrością, ale „Dar wilka” jest książką bardzo przeciętną i na pewno nie należy do tych lektur, dla których gotowa byłabym zarwać noc. Odnoszę wrażenie, że Anne Rice zatrzymała się w swojej pisarskiej karierze i nie nadąża za współczesnymi pisarkami, które o wiele lepiej sobie radzą z uwspółcześnianiem legendarnych istot. Jest to więc raczej kolejna książka do kolekcji dla wiernych fanów kultowej pisarki, a dla mnie pozycja, którą odkładam na półkę z ulgą i zdecydowanie nie polecam zaczynać przygody z Anne Rice z tą książką.
Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)
Anne Rice, „Dar wilka”, Rebis 2012
Komentarze