Jednych pozbawia życia, innym odbiera bliskich i nadzieję na lepszą przyszłość. Niekiedy robi jednak rzecz jeszcze bardziej okrutną. Owszem, pozostawia ludzi przy życiu, ale okrada ich ze zdolności do tego by przeżywać każdy kolejny dzień...
Larry i Ed, bohaterowie książki „Wojna uczuć”, mimo dzielących ich różnic, byli najlepszymi przyjaciółmi. Ich przyjaźń została jednak wystawiona na ciężką próbę. Najpierw wówczas, gdy obaj zakochali się w jednej kobiecie – Kitty, a potem gdy stanęli twarzą w twarz z wojną. Choć oboje przeżyli, nic nie jest już takie jak dawniej. Larry'ego zżera poczucie winy, ale stara się wieść normalne życie. Ed, mimo najwyższego odznaczenia, czuje się niegodny życia, które przypadło mu w udziale, co z kolei źle wpływa na jego relacje z Kitty. Cała trójka będzie się musiała zmierzyć nie tylko z przeszłością, ale i nowymi, powojennymi realiami.
William Nicholson wykorzystał wiedzę jaką przyniósł mu zawód reżysera. Już sama konwencja powieści - opowieść babki o wydarzeniach z przeszłości – jak i samo tempo czy styl przyczyniają się do tego, że „Wojna uczuć” wydaje się być filmem – filmem, którego poszczególne obrazy to nic innego jak kolejne rozdziały. Nicholson jest oszczędny w opisach przyrody, miejsc czy bohaterów. Skupia się na dialogach i skrupulatnej relacji wydarzeń co z kolei sprawia, że mimo potężnych gabarytów, lektura upływa szybko i niepostrzeżenie.
Nie do końca jest tak, że to powieść o miłości. Jestem skłonna przyznać, że w stosunku do gabarytów, jest jej tak naprawdę mało. Nicholson mówi za to o wojnie: o tym jak wpływa ona na zachowanie człowieka, jakie pierwiastki wyzwala i jak odbija się na dalszych losach bohaterów. Trochę dziwi więc dobór polskiego tytułu , który prawdopodobnie zwraca uwagę nieodpowiedniego odbiorcy. Bo „Wojna uczuć” skierowana jest raczej do wielbicieli powieści obyczajowych z elementami psychologicznymi a nie romansu.
Bohaterowie, których wykreował Nicholson, nie należą do postaci, które obdarza się sympatią. W ich charakterze zbyt wiele jest wad i skaz, by obrać je za wzór postępowania czy obiekt podziwu. Są wręcz przerysowani. Autor uwypukla wady bohaterów, nieustannie ukazuje jak popełniają błędy, a potem nie potrafią ich naprawić. Równocześnie jednak niejednokrotnie w dialogach między postaciami ukazuje jak można by sobie poradzić. Podkreśla też, że w każdym człowieku jest jakiś pierwiastek bohatera tylko że „aktywuje się on” w różnych momentach.
„Wojna uczuć” to książka, którą czyta się szybko i przyjemnie; która może nie porusza najczulszych strun czytelnika, ale z której, jeśli się chcę, można wyciągnąć za to kilka lekcji życiowych. Przede wszystkim jednak, to po prostu dobra, filmowa historia, której warto poświęcić wolną chwilę.
Karolina Suder
(karolina.suder@dlalejdis.pl)
William Nicholson, „Wojna uczuć”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013
Komentarze