„Żniwo gniewu” porusza serce, rozum i wyobraźnię. I na koniec pozostawia czytelnika sam na sam ze swoimi emocjami.
Wspomnienia wojny nigdy nie są łatwe. I to nie tylko dla tych, którzy ową wojnę przeżyli. Wyobrażanie sobie okrucieństwa, ludzkich dramatów, ogromu zniszczenia staje się niezmiernie trudne, zwłaszcza, gdy wiemy, że to wydarzyło się naprawdę. Dlatego też z obawą, a jednocześnie oczekiwaniem sięgałam po „Żniwo gniewu” Lucie Di Angeli – Ilovan. A potem nie mogłam już ani na chwilę zostawić Kaszmiry i Maruszki samym sobie.
Bo „Żniwo gniewu” to nie taka „zwykła” (jeśli cokolwiek traktującego o wojnie można nazwać zwykłym) opowieść. To historia kobiet, wbrew ich woli wplątanych w niezrozumiałą wojnę. I choć bohaterki tej książki mają swoje imiona: Kaszmira i Maruszka, to jednak czuje się, że tak naprawdę mamy tu do czynienia z bohaterem zbiorowym – wszystkimi kobietami (i każdą z osobna) doświadczonymi przez II wojnę światową. Celowo napisałam „kobietami”, a nie „Polkami”, bo choć główne bohaterki „Żniwa gniewu” są Polkami z Kresów właśnie, to jednak książka obfituje w opisy losów Żydówek, Białorusinek, Ukrainek, Rosjanek czy Niemek. Żadnej cierpienie nie zostało oszczędzone. Każda radziła sobie z nim, jak potrafiła. Traciły nie tylko ukochanych ojców, mężów, braci, bliskich, ale także godność, tożsamość i szacunek do samej siebie. Traciły też życie. W tej książce nie ma podziału na „dobrych” i „złych”, są tylko wielcy przegrani.
Lucie Di Angeli – Ilovan nie oszczędza czytelnika. Nie traktuje go jak dziecko, nie cenzuruje historii i tego, jak jest ona przez kobiety przeżywana. „Żniwo gniewu” napisane zostało językiem prawdziwym, idealnie pasującym do tamtych wydarzeń. Bo choć brakuje rozległych opisów, porównań, metafor, to nakreślony przez autorkę obraz poraża swą prawdziwością dzięki prostym, często brutalnym słowom prawdy (ale też dzięki wrażeniom ulotnym – zapachom czy smakom). To prawda, na początku odnosiłam wrażenie, że narracja jest trochę przesłodzona, za dużo w niej zdrobnień, być może infantylności. Bardzo szybko okazało się jednak, że to tylko kolejny kontrast pomiędzy współczesnością a przeszłością, które w „Żniwie gniewu” się przeplatają. Warto z całą mocą też podkreślić, że autorka nie użala się nad swoimi bohaterami (także tymi epizodycznymi, którzy pojawiają się często tylko po to, by za chwilę zginąć), nie żąda dla nich rozgrzeszenia, nie usprawiedliwia ich wyborów i czynów. Ona po prostu przedstawia uniwersalną opowieść, w której być może gdzieś wśród tłumów bohaterów odnaleźć będzie można swoją prababkę, babkę, ciotkę, matkę…
Zdarza się to nieczęsto, ale tę książkę przyjmuję bez zastrzeżeń i, co najważniejsze, wierzę jej. Wierzę autorce, bohaterom, miejscom i wydarzeniom. Nie wiem, ile w tej książce jest prawdy. Bo choć oparta na prawdziwych wydarzeniach, zapewne niejednokrotnie dominuje w niej fikcja literacka. Nie zmienia to jednak tego, że Lucie Di Angeli – Ilovan udało się, moim zdaniem, coś, o co wielu pisarzy zabiega latami. Otóż sprawiła ona, że zaufałam każdemu napisanemu przez nią słowu. Bo nie mogę do dziś pozbyć się wrażenia, że Lucie Di Angeli – Ilovan przelała po prostu na papier to, co już kiedyś zostało napisane. Łzami i krwią.
Agata Podgajska
(agata.podgajska@dlalejdis.pl)
Lucie Di Angeli – Ilovan „Żniwo gniewu”, Zysk i S-ka 2011
Komentarze