Historie z życia niepotrzebnie wydane?

Recenzja książki „Prowincjuszka?”.
Jeśli cenicie książki, które obok barwnych historii serwują piękny język, tak marginalizowany w świecie 160 znaków, to omijajcie „Prowincjuszkę?” szerokim łukiem!

Błędy interpunkcyjne i ortograficzne (!) to jeszcze najmniejszy mankament debiutanckiej powieści Lucyny „Lucy” Lech. Przerzucając pierwsze strony, można się łudzić, że autorka zastosowała specyficzną stylizację, charakterystyczną dla języka mówionego starszego pokolenia. Jednak początkowe niedociągnięcia językowo-stylistyczne przekształcają się w koszmar! Podstawowe zasady poprawnej polszczyzny powinny zostać wyniesione jeszcze z podstawówki. Stąd moje zdziwienie, że osoba pisząca książki i osoba je poprawiająca zapomniały o takich podstawowych sprawach, jak poprawne użycie imiesłowów w zdaniu, szyk, w którym podmiot i orzeczenie nie są oddzielone zbyt dużą liczbą przydawek i dopełnień czy forma czynna czasownika zamiast biernej. Do tego tworzenie zupełnie niepotrzebnych i w dodatku niepoprawnych językowo neologizmów, związków frazeologicznych i „mądrości życiowych” tylko pogarsza i tak fatalny styl „Prowincjuszki?”. Stylizacja, która mogłaby być usprawiedliwieniem dla pewnych usterek językowych, w tym wypadku nie jest w stanie bronić ewidentnych błędów!

Miałam nadzieję, że chociaż fabuła zrekompensuje mi katorgi związane z fatalnym językiem i stylem i pochłonięta przygodami głównej bohaterki, nie będę zwracać uwagi na bełkotliwą formę. Na szczęście nie rozczarowałam się aż tak bardzo. Treść książki stanowi opowieść prowadzona w pierwszoosobowej narracji przez nieznaną z imienia bohaterkę. Kobieta, której życie nie rozpieszczało, często na jej własne życzenie, dzieli się wspomnieniami o dzieciństwie na wsi, o wyjeździe do szkoły w celu zdobycia wykształcenia w nielubianym zawodzie, o kolejnych mężczyznach w jej życiu. Lech napisała ni to sagę rodzinną, ni to wspomnienia, ni biografię. Dość ciekawe życie powieściowej bohaterki obfituje w wydarzenia znane każdemu czytelnikowi, szczególnie starszemu wiekiem ze względu na nie najgorzej uchwycony klimat lat powojennych i specyfikę trudnych czasów.

Dokwaterowywanie lokatorów, książeczki na mieszkanie, dansingi w podrzędnych restauracjach i klubikach, kartki na czekoladę czy papierosy, wszechobecna tania wódka to znaki czasów, których moje pokolenie końca lat 80. zna tylko z opowieści. Właśnie opis tego świata, tamtych czasów i  dość nietuzinkowy, wywrotowy charakterek głównej bohaterki, stanowiącej kontrast dla szarej, przygnębiającej rzeczywistości, można uznać za największą wartość książki. Sama narratorka jest dość interesującą postacią, jednak nie zachwyca, nie mówi o niczym nowym, po prostu sobie gawędzi.

„Prowincjuszka?” to książka, która odrzuca fatalną czcionką i tragicznym stylem. A szkoda, bo być może gdyby autorka popracowała nad stylem, jej powieść dałoby się czytać z przyjemnością.

Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)

Lucy Lech, „Prowincjuszka?”, Warszawska Firma Wydawnicza, Warszawa 2012



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat