I żyli długo i szczęśliwie

Recenzja książki Sosnowe dziedzictwo.
A więc po pierwszych stronach książki, odpowiednio nastawiłam się na ciąg dalszy.

Będą omdlenia, spoglądanie sobie głęboko w oczy, skradzione pocałunki, miłosne rozterki i może jakaś intryga, żeby się nie rozpłynąć w tej sielskiej atmosferze. I tyle. Taki oto romansik, lekki i przyjemny, na pochmurne wciąż jeszcze zimowe wieczory. Jednak już w trzecim rozdziale musiałam (z radością!)  zweryfikować swoje podejrzenia.

Przyznam, że Maria Ulatowska mnie zaskoczyła. I to pozytywnie. W nieskomplikowaną, ciepłą historię obyczajowo-miłosną wplotła wątki historyczne. Uproszczone i niezbyt rozbudowane, ale zawsze to jakaś odskocznia od idyllicznej fabuły. Dzięki temu mogliśmy prześledzić losy nad wyraz specyficznej rodziny głównej bohaterki, Anny Towiańskiej. Dzięki temu uniknęła też w swojej książce przesłodzenia, tak typowego dla powiastek miłosnych. I choć historia ta niczym szczególnym nie zaskakuje, to jednak wzrusza swoją prostotą i szczerością.

Obrazek nakreślony nam przez autorkę niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Akcja rozgrywa się w Polsce, a miasteczko, do którego przybywa główna bohaterka jawi się nam niczym oaza spokoju i miejsce wiecznej szczęśliwości. Poza bajecznymi opisami przyrody, za serce chwytają gesty niekłamanej życzliwości ludzkiej, dobroci, pracowitości, otwartości. Chwilami wydawało mi się, że czytam taką uwspółcześnioną bajkę.

Jest jeszcze drugi powód, dla którego moje podejrzenia okazały się przedwczesne. Otóż ten z pozoru harlequin nagle przestał nim być. Przynajmniej na chwilę, bo książę na białym koniu wcale nie musi być jeden. I ten pierwszy wcale nie musi być tym ostatecznym... Jeśli moje wyjaśnienia brzmią enigmatycznie, to nie pozostaje mi nic innego, jak odesłać do lektury.

„Sosnowe dziedzictwo” to lekka, relaksująca lektura. Jedna z tych, po które sięga się, aby na chwilę zapomnieć o problemach, frustracjach, szarości i przenieść się w zaczarowany świat, gdzie wszyscy są piękni, serdeczni i kochają zwierzęta. Tu wszystko gładko się układa, problemy właściwie rozwiązują się same i wprost nie sposób sobie wyobrazić zakończenia innego niż happy end. I żyli długo i szczęśliwie – chciałoby się powiedzieć. A potem odłożyć książkę na półkę i wrócić do prawdziwego życia. Albo pożyczyć „Sosnowe dziedzictwo” sąsiadce...

Agata Podgajska
(agata.podgajska@dlalejdis.pl)

Maria Ulatowska, „Sosnowe dziedzictwo”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011


Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat