Idealny portret idealnego zabójcy?

Recenzja książki Alienista.
„Alienista” to wytrawna podróż w głąb psychiki, ludzkich lęków, zachowań i doświadczeń uwarunkowanych ich wcześniejszym szeregiem.

Gdyby przyszło nam wymienić dowolną cechę charakteru seryjnego zabójcy, biję o zakład, że każdy wymieniłby niepoczytalność czy chorobę umysłową lub inne pochodne, które ewidentnie wskazują na to, że jest z nim coś nie tak. A raczej z jego mózgiem czy psychiką. Dość logiczny tok rozumowania, z tym, że wyjątkowo prosty i płytki. Caleb Carr rysuje w „Alieniście” portet zabójcy, człowieka, który drastycznie okalecza ciała dziecięcych prostytutek, a potem bezlitośnie pozbawia ich życia. Psychopata? Bynajmniej.

Laszlo Kreizler- jeden z głównych bohaterów „Alienisty” nie jest zwolennikiem suchej teorii przytwierdzającej każdemu człowiekowi nalepkę choroby umysłowej, która doskonale może wyjaśnić wszelkie nowotwory i patologie społeczeństwa. Wręcz przeciwnie, to społeczeństwo, jako tło i środowisko, staje się kreatorem kogoś, kogo później nazywa wyrzutkiem. Ten śmiały i kontrowersyjny pogląd dobrze ilustruje krótki dialog wyrwany z książki:
- (..)A społeczeństwo potrzebowało jego.
- Potrzebowało go? Co ty mówisz? Przepuściliby przezeń prąd elektryczny, gdyby tylko mogli.
-Tak, ale najpierw pokazaliby go światu. Potrzebujemy takich ludzi jak Beecham, bo są wygodnymi składami na wszystko, co jest złe w naszym społeczeństwie. A fakty, które sprawiły, że Beecham stał się tym, kim był? Te tolerujemy. Te nawet sprawiają nam przyjemność…

Akcja „Alienisty” dzieje się w Nowym Jorku pod koniec XIX wieku, kiedy miastem wstrząsa fala zmian, ale także, kiedy gnije ono od korupcji, nieuregulowanych przepisów i samowoli, która sięga zenitu. Męskie prostytutki, młode dzieciaki bez perspektyw, miejscowe kurtyzany, uliczne gangi to codzienny obraz miasta, który jest tak przeciwstawny pięknej wizji dorożek, opisu zgrabnych uliczek, dam przemykających w sukniach i dżentelmenów w kapeluszach. A jednak, Carr rysuje doskonały wizerunek tego miejsca, jest on tak realny, tak dokładny, a zarazem niemęczący i naturalny, że zdaje się byłam razem z nim. W takiej scenerii dochodzi do wyżej wspomnianej serii zabójstw, zabójstw dziecięcych męskich dziwek z patologicznych rodzin, które nikogo nie dziwią, ani nikim nie wstrząsają. Nowojorska policja skorumpowana i połączona w niemym pakcie z lokalnymi osobistościami, nawet nie próbuje prowadzić śledztwa. I od tego się zaczyna.

Komendant policji, a później przyszły prezydent USA, T. Roosevelt, mimo szczerych chęci, nie może wpłynąć na marazm jednostek uśpionych monetami. Pomysł wychodzi od Kreizlera. Mordercę należy znaleźć i uratować dzieciaki- łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, bo badając miejsca zbrodni, można dojść tylko do jednego wniosku: zbrodnia idealna. Psychopatolog (czyli tytułowy alienista) wraz z redaktorem Time’sa T. Moor’em, Rooseveltem oraz jednostkami śledczymi zakładają własny sztab, który samodzielnie ma prowadzić śledztwo. Podstawą i jedynym punktem zaczepienia jest portret mordercy. To kim jest, a kim nie, pozwala zawężać grono podejrzanych, które na końcu książki dokładnie eksponuje TĘ jednostkę.

„Alienista” to thriller, przejmująca powieść psychologiczna, która nie bazuje na indywidualnej mrzonce pseudopsychologa (na jakich kreuje się wielu autorów), lecz na klasycznej literaturze psychologicznej W. Jamesa. To studium psychologiczne o dobrej podwalinie, to wreszcie dobrze przetrawiona pisarsko książka z niemałym nakładem przygotowań, które nie odbiły się bez echa w jej warstwie merytorycznej. „Alienista” to wytrawna podróż w głąb psychiki, ludzkich lęków, zachowań i doświadczeń uwarunkowanych ich wcześniejszym szeregiem. Książkę bez mała można zaliczyć też do gatunków historycznych, przybliża postacie realne (wyżej wspomniany Roosevelt) ich życie, opisuje zwyczaje i mentalności XIX wieku, jest czarno-białą widokówką starszych nowojorskich gentelmanów z molochowym tłem miasta upodlenia.

Co najpiękniejsze i na czym skupiłam swoją uwagę: Carr nie podaje gotowego rozwiązania zabójcy, jako zdegradowanej jednostki, która na końcu smaży się w piekle sumienia. Nie jest „Alienista” bezbarwną bajeczką, jak to dobro wygrywa ze złem. Jest głęboką książką, tak dobrą, jakiej od dawna nie dane było mi przeczytać.

Natalia Kędziak
(redakcja@dlalejdis.pl)

Caleb Carr, „Alienista”, Dom Wydawniczy Rebis


Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat