„Jak ja go nie cierpię” - recenzja

Recenzja książki „Jak ja go nie cierpię”.
W życiu często bywa tak, że plany, które świetnie brzmiały w naszej głowie, w rzeczywistości układają się zupełnie inaczej. Jednak czy skomplikowanie sobie życia, może tak naprawdę wyjść nam na korzyść?

Hattie przyjeżdża do rodzinnego miasteczka, aby złapać chwilę oddechu. Niedawno zmarła jej starsza siostra, która w dzieciństwie zastąpiła jej matkę, a do tego studia nie idą jej najlepiej. Dziewczyna ma w planach spędzić trochę czasu ze swoim chłopakiem Mattem oraz liczy na to, że w rodzinnym gronie łatwiej będzie jej uporać się ze stratą siostry. Niestety los bywa złośliwy. Na samo powitanie chłopak z nią zrywa, a brat i siostra wydają się być zdystansowani, a wręcz oschli, zestresowani i zbyt zajęci swoimi sprawami, aby spędzić trochę czasu z Hattie i ją wesprzeć. Na domiar złego plan zemsty na byłym chłopaku szybko obraca się przeciwko niej i zostaje zmuszona przyjąć pracę dla jego byłego pracodawcy, a jednocześnie śmiertelnego wroga jej brata, przystojnego muzyka Hayesa Farrowa.

Początkowo zaskoczyła mnie objętość tej powieści. Tytuł jest oznaczony jako romans oraz książka obyczajowa, choć po opisie fabuły raczej wiadomo, że będzie to typowe young adult, czyli książka dla młodych dorosłych. Fabuła opiera się na dynamice hate-love, czyli nienawiści przeplatającej się z miłością i jest dość banalna oraz przewidywalna. Rozciągnięcie takiego pomysłu na ponad pięćset stron jest nie lada wyzwaniem, które ku mojemu zaskoczeniu autorce udało się wypełnić niemal dobrze. Gdybym była nastolatką lub dwudziestoparolatką z dużą ilością wolnego czasu, nie uznałabym objętości tej powieści za minus. Meghan Quinn potrafi w  ciekawy sposób dla czytelnika wypełnić strony.

Zgrzytem w ocenie powieści jest dla mnie wyraźne oznaczenie 18+ na okładce, zresztą słuszne ze względu na sceny erotyczne. Te fragmenty po prostu średnio pasują do reszty treści. Prócz ledwie kilku pikantnych i przyzwoicie napisanych, scen seksu, całość jest raczej dość infantylna i zdecydowanie skierowana do młodszego odbiorcy. Mimo swojej trywialności książka ta jest dość przyjemna w odbiorze. Niestety uważam, że postacie są dość płaskie, słabo zbudowane, a fabuła sama w sobie tak przewidywalna, że dojrzalszej czytelniczce niekoniecznie przypadnie ona do gustu.

Fundamentem dobrego „babskiego czytadła” jest dla mnie główna bohaterka, z którą można się utożsamiać bądź przynajmniej bardzo ją polubić i tutaj niestety może być z tym nieco trudno. Hattie to bohaterka, z którą polubią się raczej nastolatki - naiwna, szybko zmieniająca zdanie, taka młodsza siostra, która jeszcze nie ma poukładanych spraw w głowie. Hayes to znów stereotypowy bad boy, który pod skorupą twardziela skrywa skrzywdzone dziecko. Jest to motyw lubiany przez kobiety, niemniej jednak autorka stworzyła postacie na kolanie i to  niestety widać. Ot, tzw. postacie-wydmuszki.

Nie do końca przypadł mi też do gustu pomysł wstawiania konwersacji via SMS, głównie między Hattie, a jej przyjaciółką Maggie. Treść ich dialogu można byłoby zwęzić do dwóch zdań. Zresztą podobnie jest z innymi dialogami. Raczej nie są one mocną stroną autorki.

Nie chcę pisać, że jest to zła powieść, bo tak nie jest. Jednak mimo wspomnianych już scen erotycznych, jest to zdecydowanie książka dla młodszych czytelników, którzy nie szukają jeszcze aż takiej głębi w fikcyjnych romansach.

Joanna Adamski
(joanna.adamski@dlalejdis.pl)

Meghan Quinn, „Jak ja go nie cierpię”, Insignis Media, Kraków, 2024.




Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat