Kiedyś numery telefonów do wróżek zajmowały całe strony w kobiecych czasopismach, teraz ich działalność, jak wiele dziedzin życia, przeniosła się do internetu. Nawet w małych, lokalnych grupach w mediach społecznościowych można znaleźć ogłoszenie kogoś, kto za stosowną opłatą obiecuje nie tylko sprawdzić, co przyniesie przyszłość, ale nawet na nią w jakiś cudowny sposób wpłynąć. Bez względu na to, czy w takie rzeczy wierzymy, czy uznajemy je za stek bzdur, jest to intrygujący pomysł na punkt wyjścia powieści kryminalnej.
Frances w wieku szesnastu lat dowiaduje się, że zostanie zamordowana. Jarmarkowa wróżka wskazuje również na pewne znaki, które poprzedzą jej śmierć. Pomimo wyśmiewających całą sytuację przyjaciółek, Frances traktuje sprawę poważnie, co z czasem przeradza się w paranoję, która czyni z kobiety odludka i obiekt drwin. 60 lat później przepowiednia spełnia się w dniu, w którym Frances miała spotkać się z prawnikiem Waltem, bratankiem męża Saxonem i krewną Annie, aby porozmawiać o tym, co zamierza zrobić ze swoim majątkiem. Po znalezieniu zwłok okazuje się, że Frances nie czekała biernie na ponurego kosiarza. Dwa pokoje w jej ogromnej posiadłości zawierają dokumenty z poufnymi dokumentami na temat mieszkańców miasteczka. Pieczołowicie gromadzone i posegregowane informacje miały pomóc Frances poznać tożsamość (przyszłego) mordercy. Teraz ten ciężar spoczywa na barkach Annie, Saxona i detektywa Rowana Crane’a, przy czym zgodnie z wolą zmarłej, każde z nich pracuje na własny rachunek i ma na rozwiązanie zagadki jedynie tydzień. Kto wygra ten morderczy wyścig?
„Jak odkryć własnego mordercę?” ma dwie linie czasowe: lata 1965/66 i rok 2025. Pierwszą poznajemy dzięki zapiskom z dziennika Frances, drugą śledzimy oczami Annie. Ich wzajemne przenikanie dodaje dynamizmu i podsyca ciekawość, tym bardziej że w trakcie lektury okazuje się, że śmierć Frances nie jest jedynym tajemniczym zgonem, do jakiego doszło wśród członków szkolnej paczki znajomych, która spędziła w tym samym miasteczku prawie całe życie. Familiarność otoczenia może w młodości przytłaczać, ale na stare lata fakt, że każdy zna każdego, zapewnia poczucie bezpieczeństwa i komfortu. Te pozory burzy ciąg wydarzeń uruchomiony przez morderstwo Frances, ale i tak uważam, że ta senna atmosfera małej miejscowości jest najmocniejszym punktem całej historii.
Intryga kryminalna nie jest zbyt skomplikowana (chociaż powiązania między postaciami takie bywają), ale skutecznie utrzymuje uwagę czytelnika, również dlatego, że do pewnego momentu wiemy więcej niż główna bohaterka. Na pewne sprawy trzeba jednak przymknąć oko np. kontrolująca matka nie zauważa ciąży córki, a policja przegapia wielkie tunele z marihuaną. W końcówce jesteśmy świadkami niespecjalnie przekonujących zdarzeń, które zdają się być niemalże doczepione z innej książki. Jest tutaj również sugerowany wątek miłosny, który będzie rozwijany w dalszych częściach serii „Dzienników Castle Knoll” – to ciągłe łapanie za łokieć/ramię zdecydowanie nie jest przypadkowe.
„Jak odkryć własnego mordercę?” zawiera w sobie ciekawą ideę, ale z nie do końca wykorzystanym potencjałem. Na pochwałę zasługuje dwupłaszczyznowość fabuły i wykreowany przez autorkę klimat. W sam raz dla fanów kryminałów w starym stylu.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Kristen Perrin, „Jak odkryć własnego mordercę?”, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa, 2025.
Komentarze