Mimo zapewnień autorki, że jej książka nie będzie historią o tym, jak z cytryn zrobić lemoniadę, tylko o kwaśnej minie po ich spożyciu, miałam przy czytaniu wrażenie, że poczucie humoru mimo wszystko jej nie opuszcza. Właściwie co jej pozostaje? Ma diagnozę, musi się zaprzyjaźnić z chorobą, czasem wyskoczyć z kilku stów, ponieważ wizyta u psychiatry jest dostępna, owszem, ale tylko prywatnie i jakoś to się toczy. Jakoś.
Diagnoza następuje w Dniu Kobiet, chociaż wiadomo, trzydzieste trzecie urodziny są charakterystyczne. Znaczące. Autorka pije alkohol i świetnie się bawi, aby dwa tygodnie później dostać… Nie, nie łomem, właściwie ta diagnoza stanowi pewnego rodzaju katharsis. W końcu wiadomo, dlaczego niektóre zachowania są takie dziwne. Czemu człowiek siedzi przy biurku i przez kilka godzin nie może się zmobilizować do pracy, a zamiast tego jest w stanie np. wylać morze łez, bo ktoś zrobił coś banalnego, co dotknęło do żywego. Coś jak krzywe spojrzenie. Normalnie człowiekowi nie zależy, jak się na niego ktoś patrzy, ale dla osoby w kryzysie wszystko może się stać powodem do dalszego pogorszenia nastroju. Więc wjeżdżają leki, po których chwilowo jest lepiej, psychoterapia, która często ogranicza się do kilku zdawkowych i jakże przewidywalnych zdań. Tyle.
Jest tu sporo rozprawiania się z pewnymi „oczywistościami”. Jednak umówmy się – wspomniane „oczywistości” to coś, w co wierzą wszyscy, czytując namiętnie posty w mediach społecznościowych łamane przez wszystkie mądrości Internetu. Co z nich wynika? Cóż, nawet taka depresja powinna dotykać tylko wybranych. Biednych albo bogatych. Tyle że u biednych budzi współczucie, a u bogatych – denerwuje. Więc tak, depresję zaczynamy (my, czytelnicy) traktować trochę jak fanaberię u tych, którym się w d… poprzewracało. Że nawet ktoś taki może nie mieć chęci, aby rano wstać z łóżka? O, gdyby musiał chodzić do roboty w kopalni, toby dopiero poczuł, co to znaczy zmęczenie. Znacie schemat? Oczywiście, że znacie. Potem czasem przychodzi otrzeźwienie, że oto właśnie jakaś znana postać popełniła samobójstwo, bo jej uśmiechnięte na zdjęciach życie, miało czarną dziurę wewnątrz, ale ta refleksja starcza na jakieś 5 minut. W porywach.
Dłużewska pisze, że depresja to choroba prawie jak każda inna. Chodzi się do lekarza, diagnozuje, przyjmuje leki i inne zalecenia. To, co w niej jest inaczej, to czasami poza pacjenta: „przepraszam, że panu doktorowi przeszkadzam”. Tej choroby nie da się przewidzieć, nie istnieją jakieś objawy, które pozwalają na pewno stwierdzić, że ktoś zachoruje. Może uderzyć znienacka. A potem trzeba z nią żyć.
W książce, która jest wyjątkowo sarkastycznie dowcipna, pada sugestia, że wszyscy powinni się kiedyś wybrać do psychiatry. I myślę, że to właściwa puenta. Nawet jeśli ta wizyta nie zakończy się przepisaniem leków i zaleceniami dotyczącymi terapii.
Agnieszka Pogorzelska
(agnieszka.pogorzelska@dlalejdis.pl)
Emilia Dłużewska, „Jak płakać w miejscach publicznych”, Wydawnictwo Znak, Litera Nowa, Kraków 2023
Komentarze