„Jak umrzeć na bogato” – recenzja

Recenzja książki „Jak umrzeć na bogato” – recenzja
Śmierć w wersji deluxe.

Czyżby „jak” miało być tytułowym trendem na rok 2025? „Jak umrzeć na bogato” to już trzeci z rzędu recenzowany przeze mnie kryminał rozpoczynający się od tego słowa.

Tym razem zmieniamy klimaty na jeszcze wyższe, snobistyczne i uprzywilejowane sfery. Anthony Wistern to bogaty, londyński finansista, ojciec czwórki prawie dorosłych dzieci i mąż znanej z wyprawiania wystawnych przyjęć Olivii. Mężczyzna posiada wpływowych znajomych, jest u szczytu kariery i właśnie świętuje swoje sześćdziesiąte urodziny. Jak się później okazuje, są one również ostatnimi. Zwykle na tym kończy się wkład ofiary w fabułę, ale w przypadku „Jak umrzeć na bogato” jest to jedynie preludium do opowiadanej historii. Anthony trafia bowiem do czegoś na kształt zbiurokratyzowanego limbo o wyglądzie zaniedbanego hostelu. Dopóki nie odkryje, jak zginął, nie może przejść do miejsca swego ostatecznego przeznaczenia. Nie jest jednak pozostawiony sam sobie. Oprócz różnych form wsparcia ma również możliwość śledzenia poczynań swej rodziny... na ekranie starego monitora.

Powieść posiada trójkę głównych bohaterów pełniących też rolę pierwszoosobowych narratorów. Są to Anthony, Oliwia i dziewczyna ukryta za pseudonimem Tajna Agentka, którą fascynują historie true crime. To właśnie ona jest niezwykle zdeterminowana, by odkryć, kto pozbawił Anthony’ego życia. Następujące po sobie rozdziały uzupełniane są o artykuły z prasy popularnej, dzięki czemu żaden szczegół nie może umknąć naszej uwadze. W zasadzie to nie ma ich za wiele i (prawie) wszystko dostajemy podane na tacy.

Co więcej, autorka bardzo się starała, abyśmy nie byli w stanie polubić żadnej z postaci. Anthony był za życia sypiającym z kim popadnie typem, który szedł do celu po trupach, a gdy sam zasila ich grono, pozostaje równie bezczelny i roszczeniowy. Olivia ma obsesję na punkcie pozycji i pozorów, zajmuje się rzeczami błahymi i nie posiada za grosz instynktu macierzyńskiego. Nic więc dziwnego, że pociechy tej dwójki to egoistyczne, puste i złośliwe manekiny, które chwilami ciężko od siebie odróżnić. Nawet Tajnej Agentce, której teoretycznie przyświeca zbożny cel, z czasem zmienia się perspektywa, a zasady moralne znacząco się rozluźniają.

Być może jest w tym nuta nieszczególnie zawoalowanej krytyki konsumpcjonizmu, mediów społecznościowych i zakrawającej na obsesję fetyszyzacji tematyki morderstw. Nie da się ukryć, że niektórzy zrobili z tego ostatniego biznes i sposób na życie. Myślę jednak, że tutaj nie było ambicji na wyjście poza ramy niespiesznie toczącego się kryminału obyczajowego z okazjonalnym puszczeniem oka do odbiorcy. Wiąże się z tym jednak kolejna kwestia – jeśli stawiamy w centrum antypatycznych bohaterów, to jak zmusić czytelnika, żeby mu zależało na ich losie, czy ostatecznym wskazaniu tożsamości mordercy? Jak uchronić się przed punktem, w którym czytelnicy będą mieli ich zwyczajnie dość i przeskoczą na sam koniec, aby szybciej się od nich uwolnić?

Sama się nad tym zastanawiałam mniej więcej od połowy książki, więc uważam, że można byłoby ją skrócić o co najmniej kilkadziesiąt stron. W zarysie obiecywano czarny humor, ale ten element nie podniósł znacząco mojej oceny, a chwilami wręcz raził. W połączeniu z faktem, iż nie jest to powieść, w której można zabawić się w detektywa, który samodzielnie składa informacje w całość, muszę przyznać, że walor rozrywkowy mimo niezłego stylu jest znacznie mniejszy od zamierzonego.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

Bella Mackie, „Jak umrzeć na bogato”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Poznań, 2025.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat